Nicki Minaj – Pink Friday
Recenzje

Nicki Minaj – Pink Friday

Nicki Minaj - Pink Friday
Nicki Minaj – Pink Friday

Od samego początku dość nieufnie podchodziłem do Nicki Minaj. Niezbyt podobał mi się jej mało wyszukany wizerunek, nie porażała umiejętnościami i nie przekonywało mnie robienie kariery opartej na wyglądzie i skandalach (chociażby deklarowanie biseksualizmu z czego teraz artystka się wycofała). Przez dłuższy czas, jedynym w moim odczuciu godnym uwagi występem Nicki była gościnna zwrotka w „My Chick Bad” Ludacrisa. Nie zmieniało to faktu, że artystka z Young Money stała się wydarzeniem na scenie hiphopowej i niejednokrotnie zdążyła przejść do historii za sprawą sukcesów na liście „Billboardu” (pierwszy od siedmiu lat kobiecy singiel debiutujący na pierwszym miejscu, siedem utworów z jej udziałem w zestawieniu itp.). Ja sam z czasem polubiłem tę raperkę i szczerze kibicowałem przy okazji premiery „Pink Friday”. Nie mogłem też nie docenić jej umiejętności. Na początku może nie powalała, ale jeśli teraz ktoś uważa Nicki za słabą artystkę, niech posłucha gościnnego występu w „Monster” z nowej płyty Kanye Westa, to od razu zmieni zdanie. Raperka prezentuje tam co najmniej kilka rodzajów flow i brzmi jak żeńska wersja Eminema. Był więc potencjał, pieniądze, wsparcie wytwórni i wszystko to zostało niestety zmarnowane. „Pink Friday” to słaba płyta. W normalnej sytuacji recenzowaniu jej nie poświęciłbym czasu, ale przyznać trzeba, że Nicki na scenie hiphopowej tworzy historię. Warto więc mimo wszystko zająć się debiutanckim wydawnictwem pierwszej „damy” Young Money.

Nicki Minaj ma naprawdę spore umiejętności. Posiada bardzo giętkie flow, całkiem przyzwoicie śpiewa, potrafi sypać punchline’ami jak z rękawa, momentami składa naprawdę dobre rymy, umie nawijać „o czymś” i kilka jeszcze pochwał pewnie udałoby się przedstawić. Wszystko to pokazała we wspomnianym już numerze „Monster” i muszę z przykrością stwierdzić, że w żadnym z tracków zamieszczonych na „Pink Friday” nie zbliżyła się nawet do tamtego wyczynu (no, może w „Roman’s Revenge”). Na nowej płycie mamy raczej do czynienia z wizerunkiem Barbie, a „bad bitch” wychodzi z Nicki przy okazji kilku tylko tracków. Ta słodka wersja artystki Young Money może spodobać się nastolatkom z bogatych dzielnic w Stanach Zjednoczonych (i taka pewnie jest grupa docelowa), ja w żadnym wypadku docenić tego nie mogę.

Mimo wszystko, „Pink Friday” zaczyna się rewelacyjnie. W „I’m The Best” artystka opowiada nam o początkach swojej kariery, wzlotach i upadkach, problemach rodzinnych itp., zestawiając to z sukcesem jaki jest jej udziałem obecnie. Generalnie mamy do czynienia z typowym utworem otwierającym. Podkład i refren są może trochę za słodkie i podchodzą pod jakąś piosenkę bożonarodzeniową, ale w końcu mamy okres świąteczny i taki wybór zupełnie nie razi. Pazura pokazuje Nicki w dwóch kolejnych trackach. Z moich rozmów ze znajomymi wynika, że jestem jedyną osobą, która zajarała się „Roman’s Revenge” od pierwszego przesłuchania; pewne jest jednak, że prawie każdy docenia ten track po kilku odtworzeniach. Nicki Minaj kładzie agresywne zwrotki i psychodeliczny refren na niepokojącym minimalu Swizz Beatza, a całość ubarwiona jest gościnnym występem Eminema, który daje z siebie wszystko. To z tego tracku pochodzą wersy: „Word, that bitch mad ’cause I took the spot? / Well, bitch, if you ain’t shitting, then get off the pot / Got some niggas out in Brooklyn that’ll off your top”, które środowisko hiphopowe odczytało jako ewidentny diss na Lil Kim. Nicki temu zaprzeczyła, ale jej konkurentka musiała dać upust swej zazdrości, nagrywając dissujący utwór i udzielając kilku głupich wypowiedzi. Beef wisi w powietrzu, ale sądzę, że Nicki potraktuje zaczepki Lil Kim niczym Eminem Rick Rossa – po prostu je zignoruje i ośmieszy tym samym oponentkę. Jak by nie było, pierwszą trójkę utworów (a tym samym najlepszy fragment płyty) zamyka „Did It on’em” na podkładzie Bangladesha. Ten miał już dla Cash Money nie produkować, ale widać, że dostał odpowiednią sumę pieniędzy i stworzył najbardziej przebangerzony track albumie, oparty tradycyjnie na dosłownie kilku prostych dźwiękach. Nicki nawija agresywne bragga i choć tekst „If I had a dick, I would pull it out and piss on ’em”, nie jest szczytem elokwencji, wolę linijki tego typu, niż to, czego jesteśmy świadkami w dalszej części albumu.

Po początkowym entuzjazmie bowiem, każdy kolejny track wydaje się coraz bardziej załamujący. „Right Thru Me” jest słodkie do porzygania, „Fly” zupełnie podobnie i nie ratuje tego numeru bynajmniej pojękiwanie Rihanny (i pomyśleć, że J.R. Rotem tworzył kiedyś naprawdę porządne produkcje), „Save Me” jeszcze ujdzie (Nicki podśpiewuje i to całkiem udanie), ale brzmi jak podróba klimatu „808s & Heartbreak” Kanye Westa, w „Moment 4 Life” występuje Drake (potrzeba więcej argumentów?), a „Check It Out” z will.i.am jest zbyt prostacko-popowe nawet dla radia Eska. Skoro jesteśmy przy tych najgorszych momentach, to wspomnijmy jeszcze „Dear Old Nicki”, w którym fajny koncept został zepsuty przez tragiczne wykonanie liryczno-wokalno-produkcyjne. Na całym „Pink Friday” (i mówię tutaj o wersji „Deluxe”, zawierającej łącznie 17 utworów) jest jeszcze dosłownie jeden track, którym mocno się jaram. Chodzi mi o „Blow Ya Mind”, gdzie nowoczesny, dynamiczny bit na zwrotki, przeplata się ze spokojniejszymi dźwiękami i śpiewem w refrenie, co tworzy do spółki wrażenie piorunujące. W drugiej połowie płyty jest dodatkowo jeszcze kilka tracków, które mogę określić mianem „w miarę udane”. Całkiem przyjemnie słucha się „Blazin” z gościnnym udziałem Kanye Westa, następujące po nim, sentymentalne „Here I Am” też jest niczego sobie (świetne rymy autorki płyty), a aspirujące do miana bangera „Muny” da radę przesłuchać kilka razy, co jest sukcesem w kontekście dużej części tracków z „Pink Friday”, które ciężko przetrwać w całości choćby raz. W „Super Bass” Nicki jedzie całkiem fajnie, ale całość zepsuta jest po raz kolejny przez warstwę produkcyjną i refren.

Są więc na „Pink Friday” momenty dobre bądź przyzwoite, nie zmienia to jednak faktu, że album jako całość jest słaby. Jeśli chodzi o mój odbiór Nicki Minaj doszło tutaj dodatkowo do pewnego paradoksu. Artystka, za którą specjalnie nie przepadałem, wydała słabą płytę, za której sprawą bardzo ją polubiłem. Nicki po prostu ma coś w sobie. Jej wizerunek nie jest może zbyt wyszukany, wiele zawdzięcza swojemu wyglądowi, ale ma potencjał jako artystka, a czytając jej wypowiedzi można dojść do wniosku, że prywatnie jest naprawdę fajną, ciepłą, rodzinną i – co najważniejsze – inteligentną osobą. Mimo że płyta „Pink Friday” jest ciężka do wysłuchania w całości, jak już pisałem we wstępie, kibicowałem jej autorce i liczyłem na sukces komercyjny. 376 000 sprzedanych egzemplarzy to wynik rewelacyjny, choć o końcowym sukcesie zadecyduje prawdopodobnie drugi tydzień. Mimo wszystko, Nicki prędzej czy później dotoczy się do platyny, co w roku 2010 jest niebywałym sukcesem. Zastanawia mnie natomiast, co dalej z ekipą Young Money. Weezy sprzedaje się świetnie cały czas, Drake i Nicki to wielkie sukcesy, ale czy jest tam ktoś jeszcze z potencjałem komercyjnym? Mack Maine raczej szefuje niż nagrywa, Tyga już kiedyś wydał album, którego prawie nikt nie kupił, Gudda Gudda ma charyzmę nie większą niż mój toster, a pozostałych członków nie sposób wymienić bez zaglądania w Wikipedię. Dalsze losy Young Money pozostawiam jednak geniuszowi wydawniczemu Birdmana i Lil Wayne’a, a dziś można śmiało stwierdzić, że jest to najlepiej prosperująca wytwórnia 2010 roku. Co do samej Nicki, to mam naiwną nadzieję, że ograniczy słitaśne hity dla piętnastolatków i zajmie się nagrywaniem ostrego rapu. Jeśli nie w obiegu mainstreamowym, to liczę przynajmniej na mixtape’y. Tymczasem kilka numerów z „Pink Friday” zrzucam na składankę do samochodu, a o całości staram się jak najszybciej zapomnieć.

4 Comments

  • s 11 grudnia 2010

    Chujowa plyta niech wypierdala, HFM2 czy NO MERCY duzo lepsze a mniejsza zainteresowanie….

  • łukasz 6 grudnia 2010

    recenzja spoko tylko troche za bardzo pojechales po guddzie guddzie bo twoj toster ma jednak troche mniej charyzmy od niego

  • Keit 3 grudnia 2010

    Swietna recenzja tez mam takie zdanue did it on em i romans revenge najlepsze, inne kawalki tez dobre reszta przecietne. Uwazam ze powinienes powiedziec ze plyta srednia a nie slaba bo sporo kawalkow wymieniles na plus. Ja daje 6/10.

  • Dirt 3 grudnia 2010

    it’s Barbie,biiitch!

Comments are closed.