
„Enjoy Your Life In Love And Peace”
Czasami mam nieodparte wrażenie, że Hip-Hop dziś ma tyle wspólnego z kulturą, co ks. Rydzyk z uczciwością. Niby to wszystko idzie do przodu, a tak naprawdę kręci się gdzieś błędnie po ciemnych korytarzach wrogości, przekrętu i nie wiadomo dlaczego, wciąż rosnącej agresji. Tak przynajmniej wygląda to w Polsce – kraju w którym z muzyką Rap nie utożsamiają się już tylko pasjonaci, ale i także panowie od ciemnych okularków, dresików w paski i święcących adidasów marki „Adonis”. Na koncerty chodzą po to, aby fartem przechwycić od kogoś komórkę, a jak bozia da to może i nawet jakiś droższy gadżet. Muzyka o ile jest, to na drugim, trzecim planie. Prawdziwym fanom pozostaje już tylko ucieczka we własny świat pasji, zajafki i marzeń o tym jak mogłoby być fajne, gdyby wszyscy kumali o co chodzi. Raz do roku świat ten się materializuje. 13 sierpnia 2004 pojawił się na trzy dni w Czeskim Hradec Kralove, dementując jednocześnie pogłoski o tym, że „13’ego piątek” to dzień pechowy.
Około 13 000 fanów czarnego grania nawiedziło owe Czeskie miasto, aby przez trzy dni zamieszkać na rapowym kempingu, za dnia delektując się pokazami break’a, beatbox’u, graffiti, oraz rapem sąsiadów zza granicy, w nocy zaś uczestniczyć w nieziemskich wręcz koncertach największych gwiazd i sław muzyki Rap. Mówiąc krótko – na trzy doby Hradec Kralove stał się rajem na Ziemi. Siedem scen na których cały czas coś się działo, stoiska z czapeczkami, koszulkami, płytami, gazetami – wszystkie otwarte „od samego rana do samego rana”. Co noc kosmiczne show na gigantycznym, niesamowicie oświetlonym obiekcie „Bbarak Live Stage”. Do tego długo godzinne afterparty i zajebiste czeskie piwo.
„Enjoy Your Life In Love And Peace” głosiła ulotka. Nie mogło być inaczej. Integracja z braćmi różnych narodów przychodziła bardzo spontanicznie. Barier nie było po prostu żadnych. Począwszy od obozowiska, poprzez gorące plaże, na scenach gdzie odbywały się potyczki wolnostylowe skończywszy (tutaj liczył się obiektywizm, doping i dobra zabawa). Mentalność naszych braci z innych państw, mnie jako Polaka bardzo pozytywnie zaskakiwała. Nie często zdarza się otrzymywać wylewne przeprosiny za lekkie potrącenie w tłumie. No prosty, głupi przykład, a jednak mało popularny u nas. Na samym kempingu przywitani zostaliśmy bardzo przyjemnie (aż miło było rozkładać namioty). Grający finałowy koncert Esoteric praktycznie cały czas nawiązywał do tego, aby się jednoczyć i trwać razem w swoich przekonaniach. Wildchild i jego nietypowy hypeman (Kiana – malutka córeczka rapera) przekonywali zgromadzony pod sceną kilkutysięczny tłum do tego, że Hip-Hop nigdy nie umrze, jeśli nadal będzie on internacjonalną kulturą tolerancji, miłości i pokoju (i właśnie dlatego tak bardzo zraził mnie występ OSTR’a, który bez sensu odśpiewał szlagier „Polska, biało-czerwoni”). Dla mnie osobiście było to trochę nie na miejscu, bo ani Niemcy, ani Czesi, ani goście z Austrii podobnych rzeczy nie robili.
Sobotnie spektakle, bo tak nazwać można koncerty odbywające się w tym dniu, wywołały u wszystkich ogromną falę pozytywnych uczuć. Oberwanie chmury jakie miało miejsce podczas setu Dj’a Tigerstyle’a nie przestraszyło absolutnie nikogo. W strugach potężnego deszczu, odgłosów błyskawic i blasku scenicznych świateł, kilkutysięczny tłum oznajmił światu, że nie boi się burzy i absolutnie nic nie odciągnie go od sceny. Dzięki temu już nad głowami reprezentantów Rosyjskiej Perkusji nie było chmur, ale piękne gwieździste niebo. Przemoknięta, szczęśliwa publika dopingowała szalonego Killa Kele, Dj Large dziękował wszystkim za to, że mimo zimna i kiepskich warunków atmosferycznych ludzie dotrwali do koncertu Promoe, który nawet zmuszony został do zagrania bisu. Rano na obozowisku każdy pytał się każdego o wrażenia z wczoraj. „Jeszcze nigdy nie suszyłem mokrych ubrań z takimi wypiekami na twarzy” oznajmił mi jeden z Czechów wyciskając swoją koszulkę z logiem duetu 7L & Esoteric. A właśnie, Ci Panwie to dopiero zrobili kosmos grając ostatni, zamykający cały trzydniowy festiwal koncert. Ponad godzinny show plus niesamowity pokaz sztucznych ogni. Do tego ogromne podziękowania dla wszystkich narodów od organizatorów i artystów.
Ci którzy byli wiedzą, że żadna relacja nie jest nawet po części oddać klimatu Hip Hop Kemp’u 2004. Tam po prostu trzeba było być i tyle. Już w poniedziałek w dniu wyjazdu wszyscy zapewniali, że za rok zjawią się na 100%. Warto, naprawdę warto, bo to jedno z najważniejszych wydarzeń. Odzyskałem wiarę w to, że Hip-Hop jednak nadal jest kulturą. Mam wrażenie, że power i przesłanie Kemp’u było tak silnie, że pozytywnej energii starszy mi do następnej edycji. Mówiąc krótko – kto nie był, a mógł być, niech żałuje!
eMs