
Rick Ross przyznał się wreszcie do faktu, że był w przeszłości przez 18 miesięcy pracownikiem służby więziennictwa. Zdjęcia z Rossem „wyciągnęła” w lipcu strona TheSmokingGun.com. Artysta podważył wtedy ich autentyczność, twierdząc, że były spreparowane:
Moje życie jest w stu procentach prawdziwe. Ci internetowi hakerzy nałożyli zdjęcie mej twarzy z czasów kiedy byłem nastolatkiem na ciało innej osoby. Nie uważacie, że jeśli byłaby to prawda, podaliby więcej szczegółów jak daty albo cokolwiek innego? Działam w przemyśle rozrywkowym i wielu ludzi mnie nienawidzi ponieważ jestem na szczycie. Jak powiedziałem przed chwilą – moje życie jest w 100 procentach prawdziwe.
O całej sprawie pisaliśmy tutaj.
W ostatnim wywiadzie dla magazynu Don Diva Ross przyznał się jednak do swojej, wstydliwej dla rzekomego handlarza kokainą, przeszłości.
Tak, to ja. Nigdy nie starałem się ukryć mej przeszłości. Umieszczałem [prawdziwe] imię i nazwisko na płytach. Wytwórnia miała mój numer ubezpieczenia. Miałem wzloty i upadki i to sprawiło, że jestem kim jestem. Nigdy nie donosiłem na ziomków, nigdy ich nie oskarżałem. Nigdy żadnego nie zamknąłem, co jest w tym wszystkim najważniejsze. Zawsze uważałem, że będąc sobą, nie jestem nikomu winien wyjaśnień. Jak mówię, że sprzedawałem dragi, to znaczy, że to robiłem. Gdy mówię, że jestem bogaty dzięki kokainie, to znaczy, że jest to prawda. To uliczna przeszłość, która się dokonała.
Puentą do powyższych wyjaśnień może być jedynie pytanie – czy poważni handlarze narkotyków otwarcie się do uprawianego procederu przyznają?