
50 Centa przedstawiać nie trzeba. Jedni go kochają, inni nienawidzą, a sam zainteresowany wydaje się tym nie przejmować dopóki jest o nim głośno i zarabia na swoich przedsięwzięciach ogromne pieniądze. Dokładnie zaplanowany produkt marketingowy i paradoksalnie człowiek, który zrobił największą i najbardziej błyskotliwą karierę w rapowym biznesie w XXI wieku, powraca z najnowszym wydawnictwem zatytułowanym Curtis. Wraz z premierą płyty pojawia się wiele nieodzownych pytań. Czy jest to dla rapera wyzwanie? Czy ma słuchaczom coś do udowodnienia? Czy mimo milionów dolarów na koncie ma jeszcze motywację by zadowolić fanów? Czy wielki powrót 50 Centa będzie miał tę samą moc, co jego wcześniejsze dokonania? Wreszcie, czy raper jest w stanie powtórzyć sukces komercyjny poprzednich wydawnictw? Atmosferę podgrzewa rywalizacja z Kanye Westem, którego płyta została wydana tego samego dnia. Prawda jest jednak prozaiczna i chyba oczywista dla każdego, a po przesłuchaniu krążka można stwierdzić to z całą pewnością – z pytań, które postawiłem, znaczenie dla rapera ma tylko to ostatnie.
50 Cent powraca z pozycji gwiazdy. Jest milionerem. Ma tyle pieniędzy, że jak sam mówi w jednym z utworów, prędzej umrze niż zdoła to wszystko wydać. Ma hejterów, ale nimi się nie przejmuje, bo nienawiść wynika z zazdrości o majątek rapera. Może zmiażdżyć każdego wroga i nic nikomu nie musi udowadniać. Taki właśnie wizerunek lansuje dla siebie autor płyty, a nam pozostaje zapytać ile z tego co mówi przekłada się na prawdziwy stan społeczno-psychiczny rapera. Wygląda jednak na to, że 50 Cent się nie zgrywa.
I was young, I couldn’t do good
Now I can’t do bad
I ride, wreck the new Jag
I just buy the new Jag
Now nigga why you mad?
Oh you can’t do that?
I’m so forgetful, they callin’ me cocky
I come up out the jeweler, now they callin’ me Rocky
Jeśli chodzi o warstwę liryczną, przytoczone przeze mnie wersy pochodzące z utworu I Get Money, mogą być mottem całej płyty i są z pewnością reprezentatywne dla krążka. Chodzi tu zarówno o tematykę, stosunek rapera do pieniędzy, wrogów i własnej „zajebistości”, jaki i przede wszystkim o poziom techniczny zwrotek 50 Centa. Powiedzieć trzeba jasno – nikt przy zdrowych zmysłach nie oczekiwał od Curtisa popisów lirycznych, a sam artysta nie silił się nawet na wyprowadzanie publiczności z błędu. O ile w warstwie wokalnej zauważyć można u rapera minimalny progres, tak tekstowo jest na dokładnie tym samym poziomie, co przy okazji wielkiego debiutu zatytułowanego Get Rich Or Die Tryin’. Nie jest to wada tylko kwestia konwencji. Zadaniem 50 Centa nie jest przekazanie w wyrafinowany sposób głębokich kwestii. Raper ma dostarczyć słuchaczowi rozrywki i to na pewno mu się udaje. Zresztą po co zmieniać formułę, która przynosi tyle pieniędzy?
Nie dowiadujemy się więc od 50 Centa tak naprawdę niczego ciekawego. Cały czas atakuje nas bragga zabarwione gangsterką, która w obecnej sytuacji społeczno-materialnej rapera jest zupełnie nieautentyczna, ale na pewno nadal będzie się publiczności podobać. 50 jest pewny siebie, agresywny i wulgarny. Swobodnie porusza się po tematach, które zresztą nie są od siebie tak odległe. Mimo wszystko 50 potrafi z łatwością przejść od agresywnego bragga z pierwszych kilku utworów do pseudolirycznego monologu skierowanego w stronę kobiety w numerze Follow My Lead. Niesie to ze sobą czasami efekty niemalże komiczne, ale wątpię by autora płyty to cokolwiek obchodziło. Raper dostarcza teksty, które wywołają euforię u nastolatków, zawał serca u ich rodziców, a reszcie słuchaczy dadzą kilkadziesiąt minut niezłej rozrywki.
O ile warstwę liryczną można było tak naprawdę z powodzeniem skomentować bez słuchania albumu, tak znakiem zapytania była muzyka, a co za tym idzie ogólne wrażenie artystyczno-przebojowe. Nie można bowiem zaprzeczyć, że kariera 50 Centa oparta jest (oprócz skandali i kontrowersji z nim związanych) na talencie rapera do dobierania sobie znakomitych podkładów, które same w sobie stanowią wartość i sam artysta nie musi się już bardzo starać, by zrobić z nimi coś konstruktywnego. In Da Club i Candy Shop z poprzednich płyt to de facto utwory, które zapewniły pierwszym dwóm albumom Centa wielomilionową sprzedaż. Z Curtisem nie poszło już tak gładko. Pierwsze dwa single (Straight To The Bank, Amusement Park) nie spotkały się ze spodziewanym odzewem i 50 zmuszony był premierę płyty przesunąć. Udało się wreszcie w pewnym stopniu wraz z wydaniem Ayo Technology na podkładzie Timbalanda. Utwór ten nie mógł jednak równać się przebojowością z hitem wielkiego konkurenta zatytułowanym Stronger, co postawiło 50 Centa w nowej dla niego sytuacji debiutowania bez niekwestionowanego megahitu na listach przebojów. A jak wygląda aspekt muzyczny na całym krążku?
Płyty słucha się przyjemnie, ale trzeba powiedzieć jasno, że 50 Cent doborem podkładów nie zachwycił. Zebrał mieszankę mało znanych, lub nie znanych w ogóle producentów, którzy na przestrzeni całego krążka mniej lub bardziej udanie naśladują maniery producenckie Eminema czy Dr. Dre. Szkolny przykład takiego naśladownictwa odnajdujemy już w pierwszym utworze na płycie zatytułowanym My Gun (prod. Adam Deitch & Eric Krasno), który po pierwszych taktach przywodzi na myśl białego producenta z Detroit. Rzut oka na okładkę wprawia słuchacza w osłupienie. Z gwiazd producenckich swoje 3 grosze do płyty dorzucili: Timbaland, Havoc oraz wspomniani Eminem i Dr. Dre. Timbo perfekcyjnie jak zwykle połączył swój firmowy styl z tym co podoba się obecnie w muzyce, składając niekwestionowany hit okraszony refrenem Justina Timberlake’a, technicznie lepszy od Strongera, lecz jak już pisałem, ustępujący mu przebojowością. Podkłady Havoca w tym mroczny Fully Loaded Clip i lżejszy, oldschoolowy Curtis 187 wyróżniają się na tle innych, pochodzących z drugiej, słabszej części płyty, lecz niczym tak naprawdę nie zaskakują. Eminem również nie zachwycił. Dostarczył na płytę firmowy podkład i zwrotkę, którą tradycyjnie ukradł kawałek autorowi płyty, co nie zmienia faktu, że utworu Peep Show słucha się przyjemnie. Niemały problem pojawia się natomiast przy okazji produkcji Dr. Dre. Utwór Fire jest niekwestionowanym bangerem prosto do samochodu, tyle że wyprodukowany zupełnie nie w stylu jego autora. Choć kluby numer ten pokochają, to nie zdziwię się, jeśli fani legendy z Los Angeles uznają podkład ten za najgorszy w karierze Dre’a. Na wyróżnienie zasługują natomiast utwory I’ll Still Kill (prod. Dj Khalil), I Get Money (Apex) i genialny All of Me (Jake One) ze znakomitym refrenem Mary J. Blige. Wszystko co opisałem tworzy do spółki album przyjemny w odbiorze. Album, który może na długo zagościć w odtwarzaczach, lecz pozostawi w słuchaczach uczucie niedosytu.
Oczywiście można dorabiać ideologię mówiąc, że pierwszy album 50 Centa jest klasykiem, drugi nie spełnił oczekiwań, a Curtis to wielki powrót, od którego wiele zależy. Prawda natomiast wygląda zupełnie inaczej. Get Rich or Die Tryin’ klasykiem nie jest i nigdy nie będzie, The Massacre nie było albumem gorszym od debiutu, a płytą Curtis 50 Cent nic nikomu nie chce udowadniać. Pogodzić się trzeba również z faktem, że beef z Kanye Westem to nic innego jak zaplanowany element kampanii reklamowej, który skutecznie powiększył sprzedaż obu krążków. 50 nie wrócił, by przejść do historii, bo tak naprawdę już ma w niej miejsce. Nie wrócił, by udowodnić, że jest świetnym raperem, bo nawet nie starał się swoich skillsów poprawić. Nie wrócił by nagrać klasyk, bo nie jest w stanie tego zrobić. 50 Cent wrócił natomiast, by znowu było o nim głośno i żeby znowu zarobić górę pieniędzy. To się raperowi udało i z punktu widzenia marketingowego dostaje ocenę najwyższą. Pozostaje jeszcze pytanie o wartość artystyczną dzieła. Wygląda to w ten sposób, że wyznawcy hasła Hiphop is dead znienawidzą ten krążek, zyskując kolejny argument na poparcie swej tezy, fani 50 Centa zostaną zadowoleni w wysokim stopniu, a racjonalni entuzjaści muzyki przesłuchają tę płytę z mniejszą lub większą satysfakcją. Ot tak, bez większej filozofii.
Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris
3 Comments
Comments are closed.