
Listopad 2008 przyniósł nam pośród całej obfitości wydawnictw, album dobrze zapowiadającego się debiutanta – Ace Hooda. Protegowany DJ Khaleda robi od kilku miesięcy spore zamieszanie, wydając mixtape’y, 2 oficjalne single i udzielając się w kilku utworach na płycie „We Global” Beat Novacaine’a. Nie powiem, by album „Gutta” był najbardziej oczekiwaną przeze mnie premierą czwartego kwartału roku, jednak byłem ciekawy, czy artysta sprosta nagraniu całego LP i co jest w stanie słuchaczom zaproponować. W skrócie powiedzieć można, że Ace wybronił się, co nie zmienia faktu, że będę miał do debiutu artysty z Florydy sporo zastrzeżeń.
Zanim jednak przejdę do samej płyty, pragnę cofnąć się do roku 2004, kiedy to na szerszą skalę pojawił się na scenie Dirty South raper o ksywce Yung Wun, znany między innymi z hitu Tear It Up w którym gościnnie wystąpili David Banner, Lil Flip i DMX, a także występu u boku Snoop Dogga, Jadakissa i Scarface’a w numerze World War III . Artysta ten wydał jeden krążek pt. The Dirtiest Thirstiest i de facto zniknął ze sceny. Po co o tym przypominam? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo konkretna – Ace Hood do złudzenia przypomina tego niezłego, zapomnianego już rapera. Podobny głos, dynamiczny i agresywny, momentami zachrypnięty flow bohatera recenzji, charakterystyczne pokrzykiwania, a także, bądź co bądź, zbliżona tematyka tekstów, sprawiają, że ciężkim zadaniem byłoby odróżnienie obu panów, gdyby pojawili się na jednym tracku. Podobieństwa owe najlepiej chyba widać w numerze Get 'Em, ale również I Don’t Give a Fuck czy Stressin mogą wywołać efekt deja vu u odbiorców pamiętających dokonania Yung Wuna. Niech ta krótka dygresja będzie wstępem do tezy dotyczącej albumu Gutta, mówiącej, że ten niestety, choć przyzwoity, jest wtórny w zbyt wielu aspektach.
Podobieństwo we flow to jedno, ale producenci również nie posilili się na oryginalność. Śmietanka najpopularniejszych beatmakerów dostarczyła dość schematyczne produkcje i żaden z numerów tak naprawdę na płycie Gutta historii nie stworzył. Jeśli chodzi o tematykę utworów, to album kręci się niemalże wyłącznie wokół pieniędzy, hustlerki i kobiet, co też nie jest zabiegiem oryginalnym. Jeśli dodamy do tego wszechobecnych gości (Akon, T-Pain, Rick Ross), to wydawać się może, że album debiutanta z Florydy niczym zaskoczyć nie może. Zaskakuje jednakże takimi cechami jak przebojowość i energia, których to na pewno nie można wydawnictwu Ace Hooda odmówić.
Album wtórny nie znaczy bowiem tyle co beznadziejny. Producenci tacy jak: The Runners, Drumma Boy, Gold Ru$h czy J.U.S.T.I.C.E. League mogą jechać na ogranych patentach, a i tak całość zmuszała będzie do kiwania głową. Flow, choć przypomina Yung Wuna, robi wrażenie i jeśli (prawdopodobnie słusznie) założymy przypadkową zbieżność między artystami, trzeba za ten aspekt autora płyty pochwalić. Ace czuje się za majkiem świetnie i potrafi niemalże zarazić bijącą od niego energią. Momentami flow ten zaczyna jednak męczyć i/lub nie pasować do wypowiadanych treści. Spokojniejszy bowiem numer Ride w zamyśle skierowany do kobiety, opatrzony przyjemnym dla ucha refrenem, za który odpowiedzialny jest Trey Songz, również posiada agresywną nawijkę, wydającą się być trochę nie na miejscu. O ile jednak w przypadku tego tracku może się słuchacz do takiego stylu przyzwyczaić, tak już zupełnie komicznie brzmi autor płyty w utworze Stressin’, gdzie pokrzykiwania po prostu nijak mają się do całości. Na przestrzeni dużej części wydawnictwa jest jednak dobrze, artysta od czasu do czasu przyśpiesza nawijkę, co daje dodatkowe wrażenia estetyczne i w momentach, gdy produkcja tracku nam nie podejdzie, można po prostu skupić się na wokalnych dokonaniach rapera.
Jak natomiast wygląda aspekt tekstów? O ile przy okazji recenzji albumu DJ Khaleda, gdzie poświęciłem Ace’owi jeden akapit, pisałem o zwrotkach poprawnych, tak na przestrzeni całej płyty solowej wyraz ten przywołać mogę jedynie z pewnymi zastrzeżeniami. Ace nie jest oczywiście technikiem i jego teksty rymują się w taki sposób, że zwykle nie rażą, w żadnym jednak stopniu również nie zachwycają. Wszystko po prostu składa się w jakąś całość i da się tego słuchać. Zdarzają się co prawda Ace’owi wersy żenujące w stylu I need money like a bitch need dick more czy leave you bloody like a tampax, jednak generalnie sytuacja nie wygląda najgorzej, zwłaszcza że artysta potrafi swym flow zrekompensować braki w sztuce składania rymów, czy jak w tym przypadku, porównań. Czego jednak się od Ace’a na płycie Gutta dowiadujemy? Można było założyć a priori, że głównym tematem krążka będą pieniądze i sukces autora płyty przełożony na agresywne bragga. Tak też jest w rzeczywistości i, choć było to do przewidzenia, po pewnym czasie nawijki o tym samym zaczynają być męczące. Wystarczy bowiem spojrzeć na same tytuły, by wiedzieć, czego można się spodziewać. I Don’t Give a Fuck, Cash Flow, Money Ova Here czy Ghetto to tylko najbardziej wyraziste, mówiące same za siebie przykłady. Jest więc Ace Hood ulicznikiem z krwi i kości, z hustlerką ma do czynienia od dziecka i lepiej nie wchodzić mu w drogę. W wolnych chwilach zajmuje się artysta kobietami i wydawaniem pieniędzy. Nie mnie oceniać, ile w tym wszystkim jest prawdy, zwłaszcza że słucha się tego nieźle. Do czasu. Przy kolejnym tracku traktującym o wszystkim i o niczym, zaczyna być raper nudny i przewidywalny. Nawet w numerze Ride zwrotki rapera skierowane teoretycznie do „wybranki serca”, są jedynie pretekstem do nieustannej autokreacji Ace Hooda. Zupełnie podobnie wygląda sytuacja w utworze Call Me, który ratuje jedynie niezły refren Lloyda. Kawałek Stressin’ natomiast miał być chyba czymś w rodzaju 99 Problems Jaya-Z, jednak Ace brzmi w nim niemalże prostacko. Szkoda, bo podkład jest tu całkiem przyjemny, Plies dostarczył niezły refren, który jednak nijak ma się do zwrotek autora płyty i track ten pozostawia po sobie mieszane uczucia.
Na szczęście jednak mamy na płycie bujające produkcje, a także sporą liczbę gości, którzy urozmaicają nawijkę Ace Hooda. The Runners potwierdzili, że są obecnie najgorętszymi producentami w grze, dostarczając podkłady do tracków Can’t Stop i Cash Flow. W pierwszym z nich gościnnie pojawia się Akon, który pokazuje po raz kolejny, że powinien zająć się hiphopem, a nie wątpliwymi w swym pięknie kawałkami dla groupies. Podkład buja, refren wpada w ucho, Ace Hood daje radę i wszystko to do spółki tworzy kawał porządnego rapu. Cash Flow to natomiast jeden z najgorętszych street-bangerów tego roku, opatrzony najlepszym chyba refrenem w karierze T-Paina, jednak zbyt może agresywny, by zrobić karierę w radiu czy telewizji. Nie zawiódł również Gold Ru$h i kawałek zatytułowany po prostu Gutta, opatrzony standardową zwrotką Trick Daddy’ego, jest zdecydowanie jednym z lepszych na płycie. Drumma Boy także stanął na wysokości zadania, dostarczając bardzo przyjemną dla ucha produkcję w Get Em Up, a na słowa pochwały zasługują również The Inkredibles, odpowiedzialni m. in. za podkład do nieoficjalnego singla pt. Get 'Em. Tak jednak jak w przypadku warstwy lirycznej, nie można powiedzieć o muzyce zwartej na płycie Gutta, by była urozmaicona. Fani Południa powinni być jednak w miarę zadowoleni i przynajmniej część tracków wpadnie im w ucho.
Jedno jest pewne – gdyby Ace Hood miał na koncie już jakieś oficjalne wydawnictwo, przypuszczalnie byłbym dla tej płyty bezlitosny. Wziąłem jednak poprawkę na fakt, że mamy do czynienia z debiutem artysty, który oszołomiony blichtrem życia gwiazdy hiphopowej, nagrał płytę zawężoną tematycznie i niezbyt oryginalną. Czy Ace Hood wróży dobrze na przyszłość? Wydaje się, że album Gutta ma dużą szansę się nie sprzedać, a sam artysta może podzielić los wspomnianego w drugim akapicie kolegi po fachu. Showbiznes pełen jest jednak niespodzianek i być może dostaniemy kiedyś od Ace Hooda wydawnictwo, które da słuchaczom coś więcej niż przebojowość w wydaniu ulicznym. Ta jest jednak bardzo silną stroną płyty Gutta i jeśli ktoś oczekuje od hiphopu rozrywki w niewymagającej postaci, to mogę ów album polecić.
Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris
7 Comments
Comments are closed.