
Osoba mająca napisać recenzję dwupłytowego albumu staje zawsze przed ciężkim zadaniem. Musi ona zmierzyć się z ogromną partią materiału, by końcowo najczęściej dojść do spodziewanego od początku wniosku, że rozsądniejszym rozwiązaniem byłoby wybranie najlepszych utworów i zamknięcie ich na jednym krążku. Rzeczywiście na palcach jednej ręki można by wymienić dwupłytowe albumy, które prezentowały wysoki poziom od pierwszej do ostatniej minuty. Najnowszą tego typu produkcję wydał jednak nie byle kto, a mianowicie legendarny skład z Teksasu – UGK. Płyta „Underground Kingz” była jedną z najbardziej oczekiwanych premier tego roku. Czy Bun B i Pimp C spełnili oczekiwania odbiorców i sprostali wyzwaniu jakim jest dwupłytowy album?
Choć ciężko zdefiniować słowo „underground”, to wydaje się, że jeśli ktoś ma prawo do nazwy Underground Kingz, to są to właśnie Bun B i Pimp C tworzący skład o nazwie UGK. Panowie działają na scenie już prawie 20 lat, zdobywając przez ten czas ogromny szacunek w rapowym świecie, nagrywając 7 albumów w tym okrzyknięty klasykiem Ridin’ Dirty z 1996 roku, będący jednocześnie jak na razie największym sukcesem grupy z punktu widzenia komercyjnego (okrył się złotem). Przełomowym momentem dla zespołu był rok 2000, kiedy to raperzy pojawili się gościnnie w dwóch wielkich ówcześnie hitach. Były to Big Pimpin’ Jay-Z i Sippin’ on Some Syrup Three 6 Mafia. O UGK usłyszało wtedy większe spektrum odbiorców, czego początkowo nie udało się wykorzystać. Zawiniła wytwórnia, lecz było to spowodowane również faktem, że w 2002 roku Pimp C został zamknięty w więzieniu. Podczas gdy Sweet Jones odsiadywał wyrok, jego partner z zespołu nie próżnował. Bun B pojawiał się na niemalże każdej południowej (i nie tylko) produkcji, wplatając w każdą swoją zwrotkę równoważnik zdania o treści Free Pimp C. Sprzedano tysiące koszulek z tymże napisem, co zaowocowało w przedterminowym zwolnieniu Sweet Jonesa. B nagrał również w międzyczasie dobrze przyjęty album Trill. Pimp C po wyjściu z więzienia także spróbował sił w karierze solowej. Jego album zatytułowany Pimpalation został jednak przyjęty z mieszanymi uczuciami, co sprawiło, że nawet niektórzy dotychczasowi fani mieli wątpliwości co do powrotu UGK. Oczekiwania były mimo wszystko ogromne, na grupie ciążyła wielka presja, a premierę albumu wielokrotnie odkładano. Wreszcie płyta Underground Kingz ujrzała światło dzienne i można z czystym sumieniem już teraz powiedzieć – Bun B i Pimp C sprostali zadaniu.
Trzeba zacząć jednak od tego, że Underground Kingz nie jest płytą dla każdego. Jeśli ktoś oczekuje od południowego rapu wysokiego stężenia club bangerów, niszczących głośniki baseline’ów i prostych ale chwytliwych tekstów – na tej płycie z pewnością się zawiedzie. Underground Kingz to krążek dla osób otwartych muzycznie, które wiedzą, że południowy rap ma korzenie zupełnie gdzie indziej i te korzenie respektowane są i przypominane przez raperów na tym albumie. Można powiedzieć to w jeszcze inny sposób – jeśli ktoś lubił wcześniejsze dokonania UGK, na Underground Kingz również się nie zawiedzie. Zespołowi udało się coś bardzo ważnego – choć wielbiciele crunku będą zawiedzeni, moim zdanie genialnie połączyli oni swój firmowy styl z tym, co podoba się obecnie w rapie, tworząc przebojową mieszankę, która zadowoli obecnych fanów i być może dostarczy nowych. Dostajemy więc prawie 30 dynamicznych utworów, z których większość opartych jest na delikatnych dźwiękach gitary i cykaczu, okraszonych często niemalże bluesowym pianinem i spokojnym dźwiękiem basu. W taki klimat wprowadza nas od razu otwierający album utwór Swishas And Dosha i towarzyszy nam z pewnymi przerwami praktycznie do końca produkcji. Genialne rozwinięcia tej formuły można by tu wymieniać bardzo długo – chociażby Chrome Plated Woman, Life Is 2009, Heaven, czy singlowy The Game Belongs To Me z pierwszej płyty i spokojniejsze How Long Can It Last, Living This Life z drugiej. To tylko przykłady, a każdy słuchacz znajdzie sobie własnych faworytów. Pomimo tej samej formuły podkłady są na tyle różnorodne, by nie nudzić słuchacza ani przez chwilę, przynajmniej przy pierwszym przesłuchaniu. Za dużą część produkcji odpowiedzialny jest Pimp C, co daje dodatkowe, pozytywne wrażenie spójności. Oprócz niego swoje trzy grosze do płyty dorzuciły takie gwiazdy producenckie jak: Jazze Pha, Dj Paul & Juicy J, Scarface, Marley Marl i inni, nie rozbijając jednak ogólnego klimatu panującego na albumie. Fani bangerów, jak wspominałem, mogą poczuć się zawiedzeni, choć i oni znajdą coś dla siebie – chociażby syntetyczny joint wyprodukowany przez The Runners zatytułowany Take Tha Hood Back czy Lil Jonową oryginalną wersję utworu Like That. Numery tego typu miło urozmaicają album, stanowiąc idealne uzupełnienie klasycznych produkcji charakterystycznych dla UGK.
Drugim równie ważnym komponentem albumu jest aspekt wokalno-liryczny. Tak naprawdę to ciężko sobie wyobrazić połączenie większych przeciwności niż to się dzieje w składzie UGK. Mamy tu po jednej stronie Pimp C – posiadacza wysokiego, charakterystycznego wokalu i szalonych tekstów oraz bardziej zrównoważonego, władającego niskim, głębokim głosem Buna B po drugiej. Raperzy jednak uzupełniali się świetnie od zawsze i dzieje się tak dalej na Underground Kingz. Oprócz różnic w warstwie wokalnej Bun i Pimp mają inne charaktery, lansują dla siebie odrębne wizerunki i przekłada się to na warstwę liryczną. B jest tekściarzem zdecydowanie lepszym technicznie, prezentującym równy, sprawdzony, wysoki poziom przez całą płytę z jednym może odstępstwem (słabiutka zwrotka w Gravy), gotowym do wprowadzenia w tematykę południową poważniejszych akcentów. Sweet Jones natomiast wydaje się nie zaprzątać sobie głowy tekstami, będąc raperem zdecydowanie nierównym i nawet w utworach z założenia poważnych skupia się raczej na swojej osobie. Z uporem maniaka wplata w zwrotki słowa „bitch” i „hoe”, co może denerwować, ale tak naprawdę jest nieodłącznym elementem jego stylu (w końcu ksywka zobowiązuje…). Ma on natomiast bardzo oryginalny, charakterystyczny flow i charyzmę, której pozazdrościć mu może niejedna gwiazda szołbiznesu. Wszystkie opisane przeze mnie różnice doskonale widać chociażby w drugim singlu do albumu zatytułowanym International Players Anthem:
Pimp C:
My bitch a choosy lover, never fuck without a rubber
Never in the sheets, like it on top of the cover
Money on the dresser, drive a Compressor
Top notch hoes get the most, not the lesser…
Bun B:
Baby you been rollin solo, time to get down with the team
The grass is greener on that other side if you know what I mean
I show you shit you never seen, the Seven Wonders of the World
And I can make you the eighth if you wanna be my girl…
Podczas gdy Bun w sposób niemalże poetycki daje do zrozumienia, że chce traktować swoją wybrankę w sposób szczególny, Pimp C jest, mówiąc nie do końca wprost, typowym przedstawicielem idei „before playin’ game, make sure you know the rules”. Tego typu zderzenia osobowości widoczne są na całym albumie, co nie tylko nie jest wadą, lecz dodaje produkcji uroku i sprawia, że ciężko się przy niej nudzić.
Jeśli chodzi o tematykę utworów to jest to przede wszystkim typowa południowa nawijka, kręcąca się wokół takich aspektów życia jak pieniądze, biżuteria, samochody, kobiety itd. Dużo na tej płycie braggadocio, ale co by nie mówić, raperzy z UGK mają prawo do takich przechwałek. Mimo wszystko Bun i Pimp nawet te pozornie oklepane tematy potrafią rozwinąć w sposób ciekawy i zadowalający jak chociażby w utworze Chrome Plated Woman, gdzie, w sposób co prawda szowinistyczny, personifikują urządzenie jakim jest samochód. Utwory, które nie mają konceptualnych rozwiązań, są i tak bardzo przyjemne dla ucha, bo nagrane profesjonalnie i prezentujące wysoki poziom liryczny i/lub wokalny. Nie wszystko jednak na albumie kręci się wokół pieniędzy i fejmu. Odnaleźć możemy pewne retrospekcje jak chociażby w genialnym utworze Life Is 2009 z gościnnym udziałem Too $horta, którego zwrotka co prawda kompletnie nie pasuje do formuły kawałka, ale słucha jej się przyjemnie, czy obserwacje społeczne odsłaniające ciemne strony południa w utworach Heaven i How Long Can It Last. Miłym i bardzo ważnym dla rozwoju południowego rapu zaskoczeniem jest obecność na albumie takich artystów jak Talib Kweli, Big Daddy Kane i Kool G Rap. Może ona budzić wątpliwości, jednak podczas słuchania utworów szybko okazuje się, że numery Real Women i Next Up należą do najlepszych na płycie.
Czy Underground Kingz to album klasyczny? Na pewno bardzo dobry, lecz ciężko wnioskować, jakie miejsce w rozwoju południowego rapu przypisze mu historia. Pewne jest natomiast to, że UGK powrócili w wielkim stylu i sprostali wyzwaniu jakim jest nagranie dwupłytowego albumu. Nie obeszło się oczywiście bez słabszych momentów. Z płyty można by spokojnie wyrzucić utwory takie jak Gravy, Like That (remix), czy solowe dokonania raperów (Candy, Shattered Dreams). Daje nam to jednak i tak ogromną porcję muzyki na najwyższym poziomie, która nie zmieściłaby się na jednym krążku. Album ten podtrzyma na pewno legendarny status ekipy i przyniesie umiarkowany sukces komercyjny. Jest to zdecydowanie najlepsza tegoroczna produkcja z południa, stawiająca bardzo wysoko poprzeczkę dla premier przewidzianych na drugą połowę roku. Cóż pozostaje napisać? Chyba tylko przytoczyć słowa refrenu jednego z utworów o tym samym tytule, będących głównym przesłaniem, jakie nieść może ten album – quit hatin’ the South.
Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris