Dizzee Rascal – Tongue N Cheek recenzja
Recenzje

Dizzee Rascal – Tongue N Cheek recenzja

Są tacy wykonawcy, wobec których podchodzę zupełnie bezkrytycznie. Większość z nich to hedonistyczni raperzy z Atlanty lub Houston lub house’owi producenci z Francji. Są też tacy wykonawcy, których z definicji nie słucham, a nawet jeśli nagrają coś ciekawego, to mieszam to z błotem. Ci z kolei pochodzą z Bostonu, Nowego Jorku lub Wielkiej Brytanii. Powinienem więc mieć jak najgorsze zdanie o Dizzee Rascalu. A tak nie jest.

Każda płyta tego chłopaczka z Londynu wbija mnie w fotel. Moja fascynacja jego muzyką rozpoczęła się jakieś 6 lat temu, kiedy to trafiłem na jego debiutancki album „Boy in da Corner”. Świetne połączenie nowych brytyjskich brzmień z beztroskim, trochę dowcipnym i trochę poważnym rapem postawiło poprzeczkę naprawdę wysoko.

Dizzee eksperymentuje z muzyką już od pierwszego albumu, uniemożliwiając szufladkowanie swojej twórczości. Krytycy próbowali przypiąć mu łatkę grime, garage, hip-hop, ostatnio nazywając go artystą house’owym i bassline’owym. A jaka jest prawda? Dizzee już na poprzedniej płycie 'Maths + English’ eksperymentował mocno z klubowymi brzmieniami. Co znalazło się na najnowszym albumie, Tongue N Cheek? Przede wszystkim kawał dobrej muzyki.

Za produkcje odpowiadają Cage, którego muzyka jest w tym zestawieniu najbardziej rapowa, klubowy weteran Armand Van Helden, gwiazda d’n’b Shy FX czy wreszcie idol wiksiarzy z gwizdkami – dj Tiesto. Co z tego połączenia wynika? Ano…lata 80te. W USA po elektryczne brzmienia z końca lat 80tych sięgnął ostatnio Kanye West, w Europie świetnie w nich się odnajduje Dizzee Rascal.

Na płycie znalazło się 11 kawałków, z tego już trzy trafiły na pierwsze miejsce list przebojów w UK! Singlowe „Bonkers” z Armandem Van Heldenem to prawdziwy klubowy morderca, który trafił do kejsów wielu didżeji grających house i electro. Podobnie jest z hitem lata 2009 – „Holiday” wyprodukowane przez Calvina Harrisa przypomina trochę produkcje z przełomu lat 80tych i 90tych grane w lokalach ze striptizem. Zbiór singli zamyka kolejny taneczny hicior „Dance Wiv Me”. Ten kawałek to wspólna praca Calvina Harrisa i Cage’a.

Dizzee Rascal - Tongue N Cheek

I o ile na poprzednich albumach większość podkładów była bliższa raczej stylistyce szeroko pojętego rapu, o tyle teraz zdecydowanie dominuje klimat klubowy. Z estetyki tej wyłamuje się jedynie Cage, który jest na dobrą sprawę głównym producentem albumu. Nie powinno to dziwić, ponieważ ten producent jest z Rascalem związany od samego początku kariery młodziaka z Londynu. O ile jednak Dizzee powinien być mu wdzięczny za pokierowanie karierą, o tyle na jego miejscu postarałbym się o innego producenta rapowych brzmień. Te na całej płycie należą do najsłabszych. Prawdziwą perełką jest w tym
zestawieniu kawałek „Dirty Cash”, który brzmi raczej jak pierwsze kawałki Kylie Minogue niż najbardziej odkrywcza płyta tego roku z Europy.

Lirycznie – jak to przystało na Dizzeego – jest świetnie. Raper skacze po tematach, od wkurwienia na kierowców i bzdurne historie, które mu się potrafią przydarzyć za kierownicą, poprzez hymn autozajebistości w Money Money, na nieczystych zagrywkach biznesu w „Dirtee Cash”.

Największe gromy na głowę rapera spadły za kawałki, które wypromowały jego album. O ile „Bonkers” to nawiązanie do wcześniejszych kawałków Rascala, o tym „Dance Wiv Me” czy „Holiday” to kawałki popowe. Jeśli jednak pop w XXI wieku ma brzmieć tak, jak brzmi nowa płyta Dizzeego Rascala, to jestem w stanie przyznać publicznie, że jara mnie pop. A rap biznesowi chciałbym życzyć więcej tak ciekawych i przełomowych płyt jak „Tongue N Cheek” Dizzee Rascala.

Krzysiek Prażanowski

5 Comments

  • adas 26 marca 2010

    Hiphopolo

  • flasher 18 stycznia 2010

    Dirty Cash nawiązuje do euro house z końcówki lat 80-tych i faktycznie brzmi trochę jak produkt trio Stock, Aitken & Waterman.

  • rio 8 listopada 2009

    trafna recenzja, nowatorska muzyka. Dizzee stawia poprzecze b. wysoko, predkosc z jaka kladzie slowa na beat jest fenomenalna (porownywalna z Bone’em) i nie spotykana dotad w Europie… Dobre przemyslane teksty. Moze nastepna plyte przedstawi w Wawie, Wroclawiu czy Poznaniu ;) Amsterdam 21.11 – ja tam jestem – Melkweg

  • maro męciu 24 października 2009

    Płyta jest zajebista. Wolałem jednak ciężkie Grimeowe brzmienia z Boy in da corner. Wydaje mi sie jednak,że Wiley zrobił lepsza płyte pod względem liryk. A co UK, to prawie wszyscy robią teraz houseowe kawałki. Skepta, Ghetts i cała reszta smietanki…

  • lilqueen 18 października 2009

    zgadzam sie z recenzentem plyta jest na prawde dobra. Podoba mi sie nowatorstwo Rascala. Ogolnie w UK robi sie inny hip hop i mysle ze wiecej sympatykow takich brzmien znajdziemy tam. Szkoda ze Polacy sa tacy konserwatywni i wielu z nich nie doceni plyty tongue n cheek.

Comments are closed.