Przyznaję się – byłem kiedyś hejterem Eminema. Gdyby ktoś spytał dlaczego, nie potrafiłbym udzielić odpowiedzi. Być może z czystej przekory. Faktem jest jednak, że z czasem nie mogłem nie docenić talentu tego bez wątpienia najlepszego białego rapera. Do płyty „Relapse†podchodziłem ostrożnie, choć podobała mi się od samego początku. Z czasem stwierdziłem jednak, że krążek ów jest najlepszym mainstreamowym wydawnictwem 2009 roku. Eminem szybko ogłosił, że wyda album „Relapse 2†, jednak zamiast niego dostaliśmy reedycję wersji pierwotnej z kilkoma nowymi trackami, których również słuchało się świetnie. W pewnym momencie wypłynęła informacja o planach wydania płyty pt. „Recovery†. Od początku mówiło się, że będzie to album poważniejszy, na który produkcje dostarczą beatmakerzy inni niż Dr. Dre. Pierwszy singiel pt. „Not Afraid†nie był prześmiewczy, a sam Eminem nieśmiało próbował dać nam do zrozumienia, że się zmienił. Wszystko to sprawiło, że bardzo nieufnie podchodziłem do nowego dzieła frontmana D12. Czy Marshall Mathers przekonał mnie do swojej nowej twórczości?
Co najwyżej połowicznie. Nowe dzieło Eminema spodoba się na pewno tym, którzy oczekiwali powagi i rozliczenia się z przeszłością od krążka „Relapse†. Poważnych momentów było tam bowiem niewiele. Eminem wcielał się w swoje alter ego – Slim Shady’ego – ćpał, mordował, molestował i był molestowany. Wszystko odbywało się na fenomenalnym poziomie technicznym tekstów, flow wprawiało w osłupienie, a wszystko dodatkowo okraszone było dużą dawką (często czarnego) humoru. Jedyny aspekt „Relapse†, którego można było się tak naprawdę doczepić, stanowiły produkcje Dra Dre, z których część nie spełniała oczekiwań. Teraz natomiast mamy do czynienia z trochę inną konwencją krążka. Eminem jest poważniejszy, „czysty†, mówi nam na jakich dragach był nagrywając poprzednie albumy, w wywiadach twierdzi, że nie ma nic do gejów i nie wykorzystuje sposobności, by pojechać swojej matce. Chwyt marketingowy świetny, co potwierdziły wyniki sprzedaży z pierwszego tygodnia. Sama zawartość krążka „Recovery†nie do końca mnie jednak przekonuje.
Zaczyna się mimo wszystko dobrze. Track otwierający – „Cold Wind Blows†– to jakby przejście między starym a nowym Eminemem. Raper rozlicza się poniekąd ze swoim nieaktualnym już (czy na pewno?) wizerunkiem, nawijając w tamtym stylu, wplatając nowe spostrzeżenia. Dostajemy sporo poczucia humoru, jak chociażby we fragmencie: „Shawty dance while I diss you to the beat, fuck the words/ you don’t listen to ’em anyway†czy w samym refrenie, w którym Em przekonuje nas, w wolnym tłumaczeniu, że jest „tak zimny jak zimny wiatry w zimie przy temperaturze poniżej dwudziestu stopni†, a ironiczny wymiar tej celowo nieporadnej konstrukcji wzmocniony jest dodatkowo przez intonację. Raper wywołuje uśmiech na twarzy jeszcze niejednokrotnie, jak chociażby pod koniec drugiej zwrotki, gdy dostaje piorunem od boga, komentując to dwa razy wypowiadanym z przejęciem i zaskoczeniem „what the fuck?†. Padają w owym tracku obietnice chociażby bycia grzeczniejszym dla kobiet, podane jednak w taki sposób, że ciężko traktować je serio. Eminem poważny prezentuje nam się w pełnej okazałości przy okazji tracków następnych.
Drugi utwór na płycie – „Talkin’ 2 Myself†– to jedno ze szczytowych osiągnięć „Recovery†. Tutaj już słowa Eminema dają do myślenia i wręcz szokują, gdy zaczynamy sobie uświadamiać, jak bardzo raper przed nami się otwiera. To właśnie z tego tracku dowiadujemy się, że przy nagrywaniu „Encore†był artysta na dragach, a wypłukiwał je z siebie podczas sesji nagraniowych z „Relapse†. Szczególnie wymowny obraz maluje nam Eminem w pierwszej zwrotce. Twierdzi, że o mało nie zdissował Lil Wayne’a i Kanye Westa, a powodem była czysta zazdrość. Raper brał więc pigułki, karcił samego siebie za takie pomysły, wiedząc, że nie potrafi napisać porządnego punchline’u. Zabrakło dodatkowo Proofa, który mógłby sprawić, że Eminem się ogarnie. Cała nawijka rapera jest okraszona klimatycznym refrenem wokalisty o ksywce Kobe (znanego chociażby z tracku Fabolousa pt. „Imma Do It†) i całość buja naprawdę konkretnie. Powstają jednak pewne pytania. Czy raper naprawdę jest szczery, czy znowu się z nami bawi? Gdy korzystał z usług Slim Shady’ego, odpowiedź była oczywista. Teraz ciężko to jednoznacznie określić.
Numer „Won’t Back Down†znowu przynosi nam raczej Slim Shady’ego. Eminem rapuje dynamicznie jak nigdy (na granicy krzyku), agresywnie jak zwykle i zmusza do uśmiechu tekstami w stylu „I gave Bruce Wayne a Valium and said: ‘settle ya fuckin’ ass down, I’m ready for combat man/get it calm batman’†czy „Imma measure my dick, shit I need 6 inches more†, nie wspominając już o całej zabawie ze ściszaniem i pogłaśnianiem wokalu w trzeciej zwrotce. Kilka tracków dalej zaczyna jednak Eminem znowu być brutalnie poważny. Mowa oczywiście o singlu „Not Afraid†. Eminem daje nam do zrozumienia, że jego ostatnia płyta była słaba, że nie wróci do tego, co było kiedyś i że cały czas próbuje sobie jakoś w życiu poradzić. Rozważa, czy rzucił narkotyki dla siebie, czy raczej dla fanów, zaczyna nowe życie, stawia czoła swoim demonom. Bardzo klimatyczny bit do tegoż tracku dostarczył Boi-1da, wszystko ma ręce i nogi, ale, nie ukrywajmy, nie jest to najlepszy singiel w życiu Eminema.
Napisać recenzję płyty frontmana D12 nie jest łatwo, gdyż ma się ochotę opisać dokładnie każdy kawałek. W przypadku „Recovery†może połowę, gdyż największym problemem tego krążka jest nuda, która zaczyna nas atakować mniej więcej od połowy wydawnictwa. Tą cezurą jest utwór „No Love†z gościnnym udziałem Lil Wayne’a. Numer ten można pokochać lub znienawidzić – trzeciej opcji nie widzę. W podkładzie wykorzystano sampel z hitu początku lat ’90 pt. „What Is Love†. Brzmi to oryginalnie. Na początku zwrotki Eminema mamy wrażenie, że z bitem sobie nie radzi i został zjedzony przez gościa. Z czasem jednak gospodarz się rozkręca i pokazuje, że nie ma podkładu, który jest w stanie zepsuć. Niezależnie od Waszych odczuć – granicę żenady można tu było bardzo łatwo przekroczyć, ale na pewno tym razem to się nie zdarzyło. Martwi jednak fakt, że chyba faktycznie powraca moda na lata ’90.
W dalszej części płyty jest po prostu nudno. Podkłady są dość nijakie i wymuszone, a sam Eminem choć stara się, jak może, nie jest w stanie przykuć uwagi słuchacza na dłużej. Obecność Rihanny w „Love The Way You Lie†mogła stworzyć historię, okazała się jednak wymuszoną kolaboracją, mającą za zadanie podniesienie sprzedaży płyty. Brakuje na owym krążków podkładów Dra Dre i samego Eminema. Just Blaze, DJ Khalil i Boi-1da są zdecydowanie nierówni. Jim Jonsin wraz ze „Space Bound†udowadnia po raz kolejny, że po „Lollipopie†i „I Run†nie jest w stanie zrobić nic dobrego. Drugą część płyty ratuje kawałek ją zamykający – „Untitled†na podkładzie Havoca. Dynamizm, niepokój i pomysłowość doskonale przyrządzone przez 1/2 Mobb Deep, są świetnym tłem dla nawijki Eminema, który dobrze się w ten bit wpasowuje, co bynajmniej nie jest na „Recovery†regułą.
Choć autor płyty twierdzi, że po rzuceniu narkotyków pisze mu się lepiej, ja zdecydowanie wyżej oceniam jego dokonania wokalne z „Relapse†czy „The Eminem Show†. Na „Recovery†Eminem trochę mnie zawodzi. Jest mniej błyskotliwy i zabawny i choć nieustannie bawi się słowami, rymy nie powalają, tak jak w przypadku wspomnianych wydawnictw. Nie dajcie się również zwieść, jakoby cały nowy album rapera był poważny. Owszem, Em zagłębia się we własną psychikę, wspomina Proofa, ale potrafi też być zabawny (jak to wykazywałem), jedzie gwiazdom showbiznesu, wraca w swych tekstach do początków kariery, a także nawija i rymuje o… nawijaniu i rymowaniu. Siedemnaście pełnoprawnych tracków (pierwszy raz w karierze bez skitów), to jednak za dużo jak na obecną formę bohatera recenzji, by utrzymać uwagę słuchacza.
Nie wierzę w przemianę Eminema. W moim odczuciu zupełnie nie jest autentyczna. Nie wierzę tym samym we wszystko, o czym mówi w numerach, które można zaliczyć do kategorii poważnych. Pewne jest jednak, że owa przemiana okazała się świetnym chwytem marketingowym i liczby z pierwszego tygodnia robią wrażenie. Wiem natomiast, że wielu płyta „Recovery†się spodoba, gdyż takiego wydawnictwa oczekiwali od Eminema już od dłuższego czasu. Moich oczekiwań album ten nie spełnia i biorę tu pod uwagę kryteria rozrywki, jakiej dostarcza, tekstów (słabszych niż ostatnio), flow (czasem wymuszonego) i w dużej części niezbyt wymyślnych podkładów. Mam więc świadomość, że nie każdy tę opinię podzieli; w moim rankingu jednak „Recovery†jest tylko nad „Encore†.
18 Comments
Comments are closed.