
Hiphop od zawsze był muzyką wzbudzającą kontrowersje, jest jednak jeden artysta, który zasługuje na miano króla w tymże fachu. Eminem – bo o nim tutaj mowa – wydał ostatnio swój nowy, długo oczekiwany album, zatytułowany „Relapse”. Tak naprawdę nie miałem pojęcia, czego można się po tej płycie spodziewać. Artysta powrócił po 5 latach milczenia, a w międzyczasie był bohaterem tabloidów w związku z nadużywaniem różnego rodzaju substancji, przybraniem na wadze, kontrowersyjnym życiem osobistym itd. Eminem stracił również, w końcu nie tak dawno temu, najlepszego przyjaciela i wszystko to mogło wpłynąć na kształt albumu. Nie odnajdziemy jednak na płycie utworu wspominającego Proofa. Nieżyjącemu artyście dedykuje Eminem cały krążek, a poszczególne kawałki zabierają nas w świat charakterystyczny dla twórczości bohatera recenzji. Niewiele jest na tym albumie powagi, czy jakichkolwiek oznak, że Eminem dojrzał. Dostaliśmy natomiast ponad godzinę Slim Shady’ego, co niektórych mogło zrazić, mnie jednak zdecydowanie przypadło do gustu.
Zawiodą się jednak ci, którzy liczyli na album utrzymany w konwencji singla We Made You. Utwór ten tak naprawdę kontynuuje drogę obraną przez takie numery jak Without Me, Just Lose It czy The Real Slim Shady, które to promowały wydawnictwa poprzednie. Jest to jednak na szczęście jedyny ewidentnie komercyjny i wtórny moment opisywanego krążka. Eminem stroi sobie żarty ze wszystkiego co się rusza, dostaje się kilku postaciom z showbiznesu, tradycyjnie już wspomniany zostaje Elvis, a wszystko to odbywa się na lekkim w odbiorze, dynamicznym podkładzie z chwytliwym refrenem. We Made You to bez wątpienia najgorszy z singli Shady’ego utrzymanych w tej konwencji; sam w sobie niezły, ale nie wytrzymuje konkurencji z klasycznymi już dziś poprzednikami. Dużo większe zamieszanie wprowadza natomiast 3 a.m., który to numer jest jak na razie moim faworytem do kawałka roku. Dr. Dre łączy mocną perkusję z niepokojącym pianinem, całość jest dość mroczna, a wszystko to stanowi jedynie tło dla autora płyty, prezentującego nam psychodeliczny, konceptualny i świetny technicznie story-telling. Podmiot liryczny owego tracku jest seryjnym zabójcą, który w dodatku nie panuje nad sobą i swych czynów nie pamięta, gdyż nadużywa środków halucynogennych. Całość naprawdę mrozi krew w żyłach i ciężko ją streścić w kilku słowach.
Tak też wygląda cała płyta. Eminem porzucił tworzenie podkładów na cześć pisania zwrotek i jest na Relapse w rewelacyjnej formie. Artysta na przestrzeni krążka prezentuje nam przynajmniej kilka odmian flow i słucha się go bardzo przyjemnie, ale największą zaletą wydawnictwa są same teksty. Od początku atakują słuchacza wielokrotnie złożone rymy, Em zestawia ze sobą skomplikowane słowa, aliteruje i robi wszystko, żeby słuchacza nie znudzić. Czasami co prawda musi lekko nagiąć akcent, jednak możliwości wokalne rapera sprawiają, że brzmi to wciąż dobrze i można ten fakt podciągnąć pod licencję poetycką Slim Shady’ego. Faktem pozostaje jednak, że rymują się artyście nie tylko końcówki wersów, ale i początki, środki i bóg wie co jeszcze, a niektóre smaczki wyczuwalne są dopiero po kilku przesłuchaniach. Na Relapse nie jest jednak ważne jedynie to, jak artysta składa wersy, ale co nam przekazuje. Wziąwszy pod uwagę fakt, że wydana w 2004 roku płyta Encore zupełnie mi nie przypadła do gustu (choć może warto wrócić po latach do tego wydawnictwa), naprawdę brakowało mi nawijek charakterystycznych dla alter ego Eminema – Slim Shady’ego. Po tym jak nowy krążek artysty wypłynął do internetu niemal 2 tygodnie przed premierą, pojawiały się w sieci głosy, że to niemożliwe, by Em nagrał prawie całą płytę w takiej właśnie konwencji. Czytałem wtedy nawet spiskowe teorie dziejów, mówiące, że Relapse będzie tak naprawdę wydawnictwem dwupłytowym, lub zostanie wydane łącznie z Detoxem Dr. Dre. Ze spiskowymi teoriami dziejów tak jednak bywa, że rzadko są prawdziwe, a Em dając rozwinąć skrzydła właśnie Slim Shady’emu, utrafił w moje oczekiwania co do Relapse.
O czym więc opowiada nam alter ego Eminema? Po mocnym uderzeniu w postaci opisanego już 3 a.m., Em nie zwalnia tempa, choć wszystko odbywa się na lżejszym podkładzie. My Mom buja niesamowicie, a autor płyty po raz kolejny pokazuje, że nie byłby sobą, gdyby na płycie nie zamieścił utworu, w którym gorzkie słowa kieruje w stronę swej matki. Ta maniera artysty strasznie mnie w przeszłości denerwowała (co było przypuszczalnie jedną z przyczyn faktu, że byłem niegdyś zdeklarowanym hejterem Eminema) i nie przekonywały mnie zapewnienia rapera z płyty The Eminem Show, że nie przeklinałby swej matki jedynie po to, by wzniecić zamieszanie. Jakby nie było, My Mom sprawia, że śmiech wygrywa w moim przypadku z ideałami. Sam koncept oparty na usprawiedliwianiu przez rapera swego uzależnienia faktem, że matka karmiła go w dzieciństwie valium, jest śmieszny sam w sobie i można podziwiać Eminema, że potrafi ugryźć ten sam wyświechtany temat w nowy, oryginalny sposób. Jeśli dodamy do tego teksty w stylu You better lick the fucking plate, you ain’t wasting it,/ Put your face in it, before I throw you in the basement again czy She killed the fuckin’ dog with the medicine she done fed it,/ Feed it a fuckin’ aspirin, and say that it has a headache, przy których nie sposób się nie uśmiechnąć, a także rymy typu: She sprinkled just enough of it to season my steak/, So everyday I had at least three stomach aches, całość wrażenie robi naprawdę piorunujące. W numerze kolejnym czyli Insane odnajdujemy następną odsłonę „rodzinnej sagi Mathersów”, a Shady opowiada o tym jak był molestowany przez ojczyma, a gdy Em próbował popełnić samobójstwo, ten sugerował, że dziecko tylko udaje i żeby to sprawdzić, należy przypalić je papierosem. W Bagpipes from Baghdad dostaje się natomiast Marii Carey i jej mężowi Nickowi Cannonowi. Shady żali się, że był zamknięty u swej miłości w piwnicy, żywił się winem oraz krakersami i nie może zrozumieć, czemu ta go porzuciła. Utwór wywołał małą burzę, Nick Cannon na swym blogu groził, że zniszczy Eminema, lecz ledwo ten się do tego ustosunkował (mówiąc nota bene, że został źle zrozumiany), autor hitu Gigolo wycofał się z rycerskiej postawy nakazującej bronić swej wybranki serca. W Same Song & Dance jest natomiast autor tekstów znowu mordercą i gwałcicielem, który wybiera swe ofiary spośród gwiazd showbiznesu. Poważniejszą tematykę porusza Eminem w numerze Déjà Vu, będącym wyrazem rozterek człowieka uzależnionego od środków chemicznych, który przeraża nawet własną córkę, a także w spokojnym, wyróżniającym się na tle płyty tracku Beautiful. W utworze tym autor płyty daje wyraz swej depresji, zmęczeniu sławą, byciem w centrum uwagi i przekonuje słuchacza, że jego życie wcale nie jest takie kolorowe.
Omówienie wszystkich tracków z Relapse zdecydowanie przekracza możliwości objętościowe tejże recenzji. Jak natomiast wygląda warstwa muzyczna? O ile do tekstów, przymykając oko na ich wulgarność, ciężko się przyczepić, tak małym problemem wydaje się właśnie efekt pracy Dr. Dre. Jest on autorem ogromnej większości podkładów z Relapse i zdecydowanie za często (jak na tak oczekiwaną produkcję) ma momenty nie tyle słabe, co średnie. Jakby nie było, wspomniane 3 a.m. to arcydzieło samo w sobie, My Mom pokazuje, że w prostocie może tkwić piękno, a w Bagpipes from Baghdad Dre dostarcza nam orientalnych syntezatorów, które pokazują, że legendarny beatmaker ma jeszcze pomysły na zaskoczenie słuchacza. Z zupełnie niesamowitą produkcją mamy do czynienia również przy okazji zamykającego płytę, patetycznego Underground, który dodatkowo dostarcza nam szczyptę vibe’u z czasów „8 Mili”. Charakterystyczne rozwiązania dla płyt Eminema bombardują nas także podczas słuchania Old Time’s Sake, który to track jednak buja tak mocno, że nie zamierzam go krytykować. Warto dodać, że podkłady Dre nie muszą stanowić wartości samej w sobie (jak to zwykle bywa z konieczności na płytach innych wykonawców) i często producent odsuwa się w cień, ustępując pola do popisu mistrzowi ceremonii, tworząc doskonałe tło dla wokalu Eminema. Przykłady tego typu rozwiązań odnajdziemy chociażby w Stay Wide Awake, czy wspomnianym Déjà Vu. Problemem natomiast wydaje się kawałek Crack a Bottle, który buja, posiada niesamowicie chwytliwy refren, ale ze względu na gości (Dr. Dre i 50 Cent z naprawdę niezłą zwrotką pierwszego z nich) pozostawia mimo wszystko niedosyt i wrażenie niewykorzystanego potencjału. Są więc na Relapse perełki, jednak album trwa ponad 70 minut i przy takiej ilości kawałków podkłady takie jak Insane, Hello, Medicine Ball czy Must Be the Ganja pozostawiają w słuchaczu lekki niedosyt.
Relapse znajdzie z pewnością tyluż wielbicieli co przeciwników. Można zarzucić Eminemowi, iż przez 5 lat w jego życiu zdarzyło się tyle, że powinien bardziej zająć się opowiadaniem o własnych wyborach egzystencjalnych, zamiast snuć narkotyczno-mordercze wizje, czy cofać się do czasów dzieciństwa. Można również powiedzieć, że Slim Shady ma, jakby nie było, prawie 37 lat i jego teksty nie przystają do psychiki faceta w pełni wieku. Można wreszcie skrytykować Dre za to, że zabrakło mu trochę inwencji i słuchacze po warstwie produkcji oczekiwali czegoś więcej. Zarzuty tego typu są uprawnione, jednak w moim odczuciu hiphop dostarczać ma przede wszystkim rozrywki. W zalewie wtórnego rapu z USA, kiedy mało która płyta potrafi mnie porwać, Eminem przyniósł nam coś świeżego – nie w kontekście własnej twórczości, lecz mainstreamowej sceny skażonej nawijaniem o tym samym i nadużywaniem Auto-Tune’a. Dostaliśmy ponad godzinę czarnej komedii w najlepszym wykonaniu i jeśli ktoś wsłucha się w teksty autora płyty, gwarantuję, że nie będzie dane mu się od krążka oderwać. Zastanawia mnie wciąż, ile z tego, o czym opowiada nam Eminem jest prawdą i chyba ta kwestia pozostanie dla mnie jak i dla innych słuchaczy tajemnicą. Pewne jest jednak, że Slim Shady ma w sobie pełno autoironii, nagrywając świetnie się bawi i to odczucie udziela się słuchaczom podczas obcowania z Relapse.
Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris
6 Comments
Comments are closed.