
Po wakacyjnym przestoju recenzeckim wracamy i z wykopem. Może nie do końca, ale to w końcu Hova! Jay-Z zapowiadał, że trzeci Blueprint będzie czymś wielkim. Utwory, które wyciekły przed premierą posiały ziarna wątpliwości. Niestety, „Blueprint 3” to rzeczywisty blueprint – niechlujny i (poza kilkoma wyjątkami) nieudany półprodukt. Szkoda…
Hova jest jednym z zawodników, do których mam ogromną słabość, nagrał jeden z najlepszych albumów w historii („Reasonable Doubt”), jeden z najbardziej przebojowych („Black Album”) i niestety, jeden z najbardziej zawodzących. Bo „Blueprint 3” zawodzi.
Zaczyna się nawet nieźle. „What We Talkin’ About” przyjemnie pobrzmiewa syntezatorowymi plamami, zapewnionymi przez Kanyego i No I.D., także Hova swoim rapem („sit in front of your computer/posing with guns, shooting Youtube up”) nie zapowiada katastrofy. Następny, „Thank You”, też wyprodukowany przez wspomniany wyżej duet, też jest, powiedzmy, porządny. „D.O.A.” zyskuje przy wielokrotnym przesłuchaniu, szczególnie energetycznością bitu, bo tekst i flow Hovy jest symptomatyczny dla całego trzeciego Blueprintu. Cóż to za symptom? Hm, delikatne rzecz ujmując, pan Carter zaliczył regres. Jego flow stało się monotonne, razi modyfikowanie słów, tak by na siłę się rymowały (np. wielokrotne używanie końcówki -a). Od zawodnika tego kalibru trzeba wymagać więcej. Dla porównania zdjałęm z półki pierwszego Blueprinta i „American Gangster” i to był błąd. Owszem, Hovie zdarzało się nagrywać słabsze albumy, ale żaden nie był tak słaby jak najnowsze wydawnictwo. Nawet nie chodzi o bity, o których zaraz będzie szerzej, ale po prostu o rap mojego ulubieńca. Czuć w tym swadę właściwą weteranowi, swoistego rodzaju (zasłużoną) pychę, ale z drugiej strony – to ona zadecydowała, że Jay-Z się do tej płyty zbytnio nie przyłożył.
Kończy się „D.O.A.” i Rihanna zaczyna wyć. 'Run This Town” razi w uszy właśnie gargantuicznymi partiami wokalistki z Barbadosu, a sam Hova wcale nie ma zbyt wiele do powiedzenia, dość, że (także niebędący w życiowej formie) Kanye go zjada. Smutne. Promyk nadziei daje jeszcze „Empire State of Mind”, głównie dzięki refrenowi Alicii Keys. No i „Knicks and Nets give me high fives” i cały miejsko-hymnowy wydźwięk utworu też cieszy. Później jest już tylko gorzej. „I’m not like Jonas/ brother I’m a grownup/no, I’m not a virgin, I use my cojones” – w tym duchu, wyznaczonym przez „On to the Next One”, najgorszym lirycznie na płycie, są pozostałe kawałki. OK, jest jeszcze miły gest wobec innych raperów w „A Star Is Born” (chociaż refren pana Cole’a jest tragiczny), ale większość tekstów jest miałka i nudna. Słuchanie „Blueprint 3” autentycznie boli i – co jest naprawdę smutne – kolejne przesłuchania sprawiają, że ma się nadzieje na szybki koniec płyty.
Produkcyjnie też nie jest za dobrze. W „On To the Next One” Swizz Beatz jest jakąś parodią samego siebie, zrzynając patenty z własnych (!) numerów. Timbaland (do spółki z Jeromem Harmonem) lepi w „Off That” jakąś futurystyczną obstrukcję (tak, w fizjologicznym tego słowa znaczeniu), dobrze, że rehabilitują się w miarę udanym „Reminder”. Kanye West pokazuje, że słaba forma psychiczna („wystąpienie” podczas MTV VMA) idzie w parze z niezbyt dobrą formą muzyczną – „Hate” jest jednym z najbardziej wymęczonych bitów, jakie dane mi było usłyszeć od tego pana. Dla równowagi „starych marek” dodam, że The Neptunes wykonali solidną (choć bez fajerwerków) robotę w „So Ambitious” (plus dla Pharella za refren). W ogólnym rozrachunku nie jest dobrze. Czy Jay-Z chciał pokazać, jak bardzo jest „do przodu”, zamawiając takie bity?
Mogę uznać, że „What We Talkin’ About” jest dobrym kierunkiem i powiewem świeżości, ale większość bitów z „Blueprint 3” brzmi jak odrzuty lub słabo zarysowane projekty. Z tego wszystkiego zapomniałbym o wisience na torcie żenady, czyli podsumowującym album „Young Forever”. Panie West, co się stało? Mama słabo karmi? Scoverowanie Alphaville to bardzo zły pomysł. Bardzo, bardzo zły.
Podobny zarzut można podnieść przeciwko featuringom, które są – było nie było – jednym z ważnych aspektów rapu. Rozumiem wybór Kanyego i Pharella, ba, nawet Kid Cudiego i Rihanny. Ale koleś z Empire Of The Sun (Luke Steele)? Inną zupełnie kwestią jest jakość tych kontrybucji. O wyciu Rihanny już było, o żenadności Kanyego też. Young Jeezy naprawdę dał radę w „Real As It Gets”, co więcej – wypadł lepiej niż gospodarz. Alicia Keys dodała uroku „Empire State Of Mind” i jest to chyba jedyny utwór z Blueprintu, do którego będę wracał z przyjemnością.
Uch, ciężko mi wylewać takie wiadra pomyj na Jay’a-Z, bo darzę go nieskrywaną sympatią. Szkoda tylko, że na Blueprincie poszedł tak bardzo do przodu, że został w tyle. Brakuje tu soczystego bangera, brakuje porządnego rapu, brakuje pomysłu i jakiejkolwiek spójności. Niechlujstwo nigdy nie jest zaletą panie Carter, nawet jeśli dało się światu „Reasonable Doubt”, „Blueprint”, Black Album” i „American Gangster” (oczywiście też szereg innych wydawnictw). „Blueprint 3” jest zdecydowanie najslabszą pozycją w dyskografii Hovy i jest mi przykro. Po prostu.
Paweł „Jimmy” Klimczak
10 Comments
Comments are closed.