
Jest pewna grupa raperów, którzy zasługują na miano żywych legend z punktu widzenia lokalnego (chociażby E-40 w Bay Area, czy Scarface w Houston), ciężko natomiast dorobić się takiego statusu w kontekście rapu z całego USA. Wydaje się, że jedynym wykonawcą, który może pretendować do tego miana, jest właśnie bohater tej recenzji – Jay-Z.
Czterdziestoletni już prawie reprezentant Brooklynu ma za sobą ogromną historię, klasyczne wydawnictwa, wzloty i upadki (ze zdecydowaną większością tych pierwszych), a teraz powrócił z nowym albumem zatytułowanym The Blueprint 3. Trzecia odsłona serii zapoczątkowanej klasyczną już dziś płytą z 2001 roku, kontynuowanej przez budzący mieszane uczucia album dwupłytowy, który mnie osobiście bardzo się podobał, promowana była dwoma singlami, które przepełniły mnie ogromnymi wątpliwościami, co do obecnej formy Jaya-Z. Nazwa przecież zobowiązuje i płyta zatytułowana w taki właśnie sposób powinna być czymś więcej niż po prostu kolejnym wydawnictwem weterana amerykańskiej sceny. Blueprint pierwszy to zdecydowanie płyta genialna, sequel był wydawnictwem bardzo dobrym, a czy trzecia część sprostała moim oczekiwaniom?
Zdecydowanie nie. Wspomniane przeze mnie single są w pewien sposób reprezentatywne dla całej płyty, a w szczególności dla obecnych możliwości lirycznych Hovy. D.O.A. (Death of Auto-Tune) bowiem to kawałek posiadający oryginalny, różnorodny i dynamiczny podkład, a także kontrowersyjną tematykę, a sam Jay-Z musiał całości nadać tylko charakterystyczny dla siebie finezyjny kształt. Nie udało się. Gry słów? Wymyślne punchline’y? Ciekawe rymy? Za to Hove kochamy i kawałek dissujący największą modę we współczesnej muzyce, mógł być czymś, co wyniesie skillsy Jaya na niespotykany dotąd poziom. Co dostaliśmy w zamian? Pojawia się trzykrotnie tekst Nigga this shit violent/ This is death of auto-tune, moment of silence i nie jest to bynajmniej jedyny na tej płycie moment, w którym Hova powtarza po kilka razy ten sam, wątpliwej jakości punchline. My raps don’t have melodies/ This should make niggas wanna go and commit felonies – nursery rhymes w najlepszym wykonaniu. I know we facing a recession/ But the music y’all makin’, goin’ make it the great depression – „częstochowa” raz jeszcze. Wspomniane fragmenty i tak jeszcze trzymają poziom, bo „szczyt wirtuozerii” osiągną Hova we fragmencie Stop your bloodclot cryin’/ The kid, the dog, everybody dyin’, no lyin’ – z całym szacunkiem dla Jaya-Z, ale nawet raperom pokroju Project Pata rzadko zdarzają się tak wyświechtane rymy, polegające na łączeniu czasowników w formie ciągłej. Dosłownie zaraz potem słyszymy, że Your niggas’ jeans too tight/ Your colors too bright, your voice too light – zupełnie marnej jakości diss, który ciężko nawet podciągnąć pod definicję słowa punchline. W trzeciej zwrotce natomiast rymuje nam autor płyty ksywki Jeezy i Weezy, trzykrotnie on this z on this, a także too much z too much. Mógłbym to wszystko wybaczyć debiutantowi z przedmieść Atlanty, jednak na płycie zatytułowanej The Blueprint 3 wszystko razi na dużo większą skalę.
Trochę lepiej (choć bynajmniej nie dobrze) wygląda sytuacja przy okazji drugiego singla pt. Run This Town. Jay nie jedzie już taką „częstochową”, jednak mimo wszystko nie błyszczy. Zginął gdzieś ten charakterystyczny dla Hovy luz i raper brzmi tak, jakby sam do końca nie wierzył w wypowiadane przechwałki. All black everything/ Black cards, black cars – all black everything – taka konstrukcja epiforyczna mogłaby robić wrażenie w okolicy kilku błyskotliwych gier słów i podwójnych rymów, w kawałku owym sprawia jednak wrażenie nieudolności lirycznej autora płyty. Do wszystkiego dodać można zupełnie przeciętny podkład i jesteśmy o krok od nieporozumienia. Od tragedii ratuje Jaya jednak refren Rihanny, będący bez wątpienia jej życiowym występem, a także gościnna (rapowana) zwrotka Kanye Westa, który już pierwszymi kilkoma wersami zjadł dwie zwrotki starszego kolegi. Jakby jednak nie było, single do obcowania z trzecim Blueprintem zachęcały średnio, ale na szczęście są na krążku mocniejsze momenty.
Zdecydowanie najlepszym fragmentem opisywanej płyty jest kawałek Empire State of Mind. Przyjemne soulfulowe pianino, perkusja, która wreszcie brzmi tak jak powinna, niesamowicie pozytywny refren autorstwa Alici Keys, a i Jigga wypada wyjątkowo na tle całego krążka dobrze. Do pojedynczych wersów można by się znów poczepiać, ale nie widzę sensu, skoro całość brzmi rewelacyjnie. Dostajemy więc hymn na cześć Nowego Jorku, całość przywołuje na myśl najlepsze dokonania Hovy i słuchacz ma nadzieje, że wreszcie coś się na tej płycie zacznie dziać. Faktycznie, kawałek następny Real as It Gets kontynuuje wyznaczony wcześniej kierunek. Wszystko gra, dopóki nawija nam Young Jeezy, jednak po jego zwrotce słuchacz zaczyna mieć z każdą sekundą coraz bardziej martwiące wrażenie, że nic lepszego w tym utworze nie usłyszy. Jest to smutne, że raper z Atlanty potrafi ukraść Hovie kawałek, emanując luzem, którego brak na Blueprincie autorowi płyty. Na szczęście Jeezy prezentuje na koniec jeszcze jedną zwrotkę i wyciąga ten kawałek na wyższy poziom. Tak, mam słabość do rapu z południa, ale takie są fakty – tu naprawdę reprezentant ATL brzmi lepiej.
Jigga potrafił zawsze nagrywać bangery, więc przy okazji nowego krążka postanowił również dowartościować kluby. On to the Next One to kawałek zdecydowanie gorący, oparty na minimalu Swizz Beatza, który dorzuca jeszcze 3 grosze w refrenie. Słuchacz zaczyna wreszcie wyczuwać charyzmę w słowach mistrza ceremonii (Hov on that new shit/ Niggas like ‘how come?’/ Niggas want my old shit?/ Buy my old album), a w samochodzie całość sprawdza się świetnie. W Off That Timbaland łączy nam swe współczesne maniery producenckie z rozwiązaniami charakterystycznymi dla swej twórczości sprzed kilku lat, Jay nawija nieźle, jednak nie jest to ten sam flow, który znamy z Dirt Off Your Shoulder. Drake, którego popularności nie jestem w stanie zrozumieć, ubarwia (co rzadko mu się zdarza) kawałek swym refrenem i chyba dobrze, że nie dostał szansy nawinięcia całej zwrotki. Jigga w słabej formie jest bez dwóch zdań ciekawszy niż Kanadyjczyk wspinający się na wyżyny. Nowoczesny Venus vs. Mars na początku nie przypadł mi do gustu, ale po kilku przesłuchaniach awansował do miana jednego z ulubionych kawałków na płycie. Pojawia nam się wreszcie koncept, gry słów, follow upy, może nie bardzo wyszukane, ale przy 10 kawałku nowego Blueprinta słuchacz przestaje oczekiwać cudów. Hate to drugi track z gościnnym występem Kanye Westa, gorszym niż w przypadku Run This Town, jednak znów zjadającym gospodarza. Sam utwór jest mocno średni, a Hova już kompletnie sobie z tym (swoją drogą nudnym) podkładem nie radzi. Drugim po Empire State of Mind bezsprzecznie mocnym fragmentem płyty jest natomiast bez wątpienia Reminder. Na podkładzie po raz kolejny Timbaland, starający się nawiązać do swej twórczość sprzed kilku lat i Jay-Z, który mówiąc nam w kontekście całego kawałka, chociażby że Man lie, women lie, numbers don’t wreszcie brzmi tak jak powinien – jest pewny swego statusu gwiazdy i jednego z lepszych żyjących raperów.
Opisany kawałek jest zdecydowanie klimatyczny i mógłby spokojnie nowego Blueprinta zamknąć, bo nic więcej nas na tej płycie już nie zaskoczy. Za So Ambitious odpowiadają The Neptunes, a podkład jest, choć może nie tak sztampowy jak zwykle, to i tak nudny. W Young Forever zwraca na siebie uwagę jedynie wykorzystanie klasycznego, znanego chyba wszystkim sampla z kawałka Forever Young autorstwa Alphaville. Taka też jest lwia większość płyty. Wymieniłem tylko część kawałków, bo sporo „dokonań” z Blueprinta nie zapada w pamięć. Do tej kategorii utworów zalicza się chociażby otwierający krążek What We Talkin’ About, który, pośród kilku innych wad, cierpi (jak zresztą duża część tracków na albumie), na brak porządnej perkusji. Thank You natomiast niby buja, ale też Jay nie jest w stanie słuchacza zainteresować, a już kompletnie nieautentycznie brzmi, przekonując w refrenie Thank you, You’re far too kind/ Hold your applause, this is your song not mines (…)/ Do me a favor, don’t do me no favors, I’ll handle mines. Gra słów? – owszem – ale marnej jakości.
Jak to możliwe – zapytają hejterzy – że jaram się nową płytą Lil Boosiego, a The Blueprint 3 generalnie krytykuje? Nic tutaj się nie wyklucza – czego innego oczekuje się od rapera z prowincjonalnego miasteczka na południu USA, a czego innego od człowieka, którego wciąż chciałbym nazywać żyjącą legendą, nie tylko Nowego Jorku, ale i całego rapu, który w dodatku postanowił nagrać trzecią odsłonę rewelacyjnej serii płyt. The Blueprint 3 jest krążkiem ewidentnie komercyjnym – osiągnięcie złota w dwa tygodnie mówi samo za siebie. Posunięcie jest jednak ciekawe, bo Jay-Z akurat nie jest osobą, której głównym źródłem dochodów w chwili obecnej jest sprzedaż płyt. Po rewelacyjnym krążku American Gangster artysta nie musiał dodatkowo nikomu udowadniać swego statusu rewelacyjnego rapera. Blueprint 3 tworzy jednak wrażenie, jakby Hov chciał pokazać coś całemu światu, jednak nie za bardzo miał pomysły co, i jak tego dokonać. Mógłbym tekstów Jaya poczepiać się dużo bardziej, jednak wydaje się, że te pojedyncze przykłady, które podałem, wyjaśniają mój zawód opisywaną płytą. Warstwa produkcji jest zdecydowanie lepszą połową albumu, który – trzeba powiedzieć to jasno – nie jest krążkiem od początku do końca słabym. Gdyby taką płytę nagrał debiutant, być może nawet bym się jarał. Niestety stworzył ją Jay-Z, a w dodatku nazwał The Blueprint 3 i te dwie kwestie postawiły poprzeczkę wysoko. Okazało się, że na obecne możliwości Hovy, była to wysokość nie do sforsowania.
Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris
4 Comments
Comments are closed.