
Talent Jim Jonesa można kwestionować, nie sposób mu jednak odmówić faktu, że jest postacią w świecie hiphopu bardzo ciekawą. Pojawił nam się kiedyś na scenie, jako protegowany Cam’rona, a z biegiem czasu stał się tak naprawdę liderem ekipy Diplomats. Karierę solową rozpoczął Jones w 2004 roku, kiedy to wydał swój pierwszy album „On My Way to Church”. Ten i dwa kolejne ukazały się niezależnie nakładem wytwórni Koch Records i każdy z nich sprzedał się w ilości kilkuset tysięcy egzemplarzy. Płyta „Hustler’s P.O.M.E. (Product of My Environment)” zbliżyła się nawet do złota i otworzyła nowy etap w karierze rapera z Harlemu. Jones podpisał kontrakt z Columbia Records i „Pray IV Reign” to jego pierwsze wydawnictwo u majorsa. Czy wpłynęło to pozytywnie na jakość nagrywek autora płyty?
Pytanie to jest jak najbardziej zasadne, gdyż Jones był zawsze wykonawcą, który potrafił nagrać na swą płytę kilka hitów, ale albumy w całości do wielokrotnego przesłuchiwania się nie nadawały. Czy był słabym raperem? Na pewno nie najlepszym, jednak od pewnego czasu zacząłem zauważać u Capo progres. Mam wrażenie, że Jones wreszcie wie jak używać swojego głosu i robi to świadomie, a także jest w pewnym stopniu lepszy lirycznie. Przyznać trzeba, że Pray IV Reign promowane było dobrze. Hit Pop Champagne śmigał w radiu i telewizji z najwyższą rotacją, przed premierą LP wydano darmowy mixtape, klipy pojawiały się jeden za drugim i nie sposób było nie zauważyć reklam płyty na stronach internetowych. Co z tego wyszło? Niewiele – 43 000 sprzedanych egzemplarzy w pierwszym tygodniu to mało nawet w czasach recesji. Krytyka przyjęła jednak ten album względnie dobrze i po części będę podzielał ten pogląd. Wielkie zachwyty nad płytą Pray IV Reign w tej recenzji się nie pojawią, jednak stwierdzić mogę z pełnym przekonaniem, że jest to jak na razie najlepsze wydawnictwo Jonesa.
We Fly High z albumu poprzedniego jest niemalże definicją słowa banger. Jones udowodnił, że nie jest artystą jednego hitu, bo kawałek Pop Champagne, jak wspomniałem, na brak uwielbienia narzekać nie może. Fascynacja tym trackiem pozostanie dla mnie jednak tajemnicą. Niektóre produkcje Rona Browza (z Arab Money na czele) po prostu uwielbiam, jednak ten minimal, „ubarwiony” mało ambitnymi pokrzykiwaniami producenta/piosenkarza w refrenie, jest po prostu tragiczny. Kawałek promować miał początkowo album właśnie Rona Browza, potem wydawnictwa obu panów, zagrzał jednak końcowo swe miejsce jedynie na Pray IV Reign. Zupełnie niepotrzebnie. Problemem trudniejszym do rozstrzygnięcia wydaje się track Na Na Nana Na Na, w którym podkład buja jak należy, Jim Jones sypie punchline’ami jak z rękawa i jedynie refren jest zbyt głupawy by przejść obok niego obojętnie. Biorąc jednak pod uwagę twórczość młodego pokolenia wannabes z Atlanty, czy Memphis – nie jest to na pewno najgłupszy tekst, jaki możemy usłyszeć na współczesnych wydawnictwach. Jim Jones, jak wspomniałem, błyszczy, a urzekł me filologiczne serce dwuwersem: now tell me how I look/ would you rather live life like me, or buy a book? – miazga. W Blow the Bank natomiast roztacza raper przed „wybranką serca” wizję imprezowo-zakupowo-podróżniczej (zapewne dość krótkiej) przyszłości, jednak sam kawałek na tle płyty gdzieś umyka – ot tak wlatuje jednym uchem, wylatuje drugim.
Są jednak na Pray IV Reign momenty jednoznacznie mocne i gdyby krążek skrócić o połowę, jego jedyną wadą byłoby to, że jest za krótki. Album otwiera Intro, będące jednak pełnoprawnym kawałkiem, wyprodukowanym przez No I.D. – jedyną oprócz Rona Browza i Ryana Leslie gwiazdę producencką, która dodała swe 3 grosze do płyty. Podkład w stylistyce niemalże country jest rewelacyjnym tłem dla ulicznych przechwałek Jonesa, przemycającego wśród nich kilka ciekawych obserwacji. Zaraz po Intrze atakuje nas street-banger Pulling Me Back, a jego producent Chink Santana okazuje się, ku mojemu zdumieniu, całkiem niezłym beatmakerem i na przestrzeni całej płyty jeszcze dwa razy ten mój sąd potwierdzi. Frenemies bowiem to jeden z lepszych numerów na albumie, w którym Capo rozlicza się przede wszystkim ze swym protegowanym – Maxem B. Ten według autora płyty bez niego by nie istniał i po prostu uciął rękę, która go karmiła. Głęboki bas i rockujący podkład są idealnym tłem dla rozważań Jonesa, który wchodzi w ten bit wyjątkowo jak na siebie dobrze. Trzeci niewątpliwie zasługujący na uwagę moment, za który brawa należą się Chinkowi Santanie, to numer Girlfriend, bo wbrew tytułowi nie jest on jedynie popową „przyjazną radiu” piosenką. Utwór ten to rasowy club-banger z chwytliwym refrenem i przyjemną acz krótką zwrotką i przyśpiewkami wokalisty o ksywce Oshy. Wyjątkowo słaby występ zanotował natomiast Juelz Santana, który brzmi, jakby nagrał freestyle, a w dodatku do innego bitu. Chink Santana nie zawsze jednak trzyma poziom i jest dla kontrastu autorem najgorszego kawałka na płycie – Medicine. Nieudolną próbę podrobienia klasyka Jaya-Z pt. Jigga What, Jigga Who byłbym w stanie jeszcze artyście wybaczyć. Raperzy jednak również się nie popisują i słuchanie przez ponad 5 minut o dziewczynach masturbujących się na dźwięk kawałków Jonesa i spółki, naprawdę przerasta me możliwości percepcyjne.
Jeśli pojawia się na płycie Pray IV Reign utwór, który warto jakoś specyficznie wyróżnić, to jest nim bez wątpienia How to Be a Boss. Jonesowi zarzucano nieraz, że wpływy południowe są w jego muzyce zbyt słyszalne, jednak jest to na nowym wydawnictwie jedyny wybieg tego typu. Ron Browz staje tym razem na wysokości zadania, łącząc dynamiczne, niepokojące dźwięki, pośród których bryluje Ludacris, kradnąc jak zwykle kolegom kawałek, w którym występuje gościnnie. Drugim gościem jest NOE, czyli marna podróba Jaya-Z i nie jestem pierwszą osobą przedstawiającą podobieństwo do Hovy jako wadę. Raper pojawia się przede wszystkim na Pray IV Reign za często i ja sam nie mogę znieść marnawych tekstów wypowiadanych głosem legendy rapu. Tworzy to w mej głowie swoistą sprzeczność, ponad którą nie potrafię przejść obojętnie. Nie tylko jednak NOE pojawia się na albumie za często – Jones ewidentnie przesadził z gościnnymi występami i odbija się to negatywnie na poziomie albumu.
Są na nowej płycie rapera z Harlemu kawałki, które specjalnie się nie wyróżniają i tworzą dobre tło dla pozostałych, lepszych dokonań. Do tego typu tracków zaliczyć można z pewnością oparty na akustycznej gitarze i pędzącym cykaczu Let It Out, czy zabarwiony dźwiękami delikatnego pianina My My My, będący wspomnieniem nieżyjącego Stacka Bundlesa. Dźwięki klawiszy i spokojną gitarę łączy natomiast znakomicie Precious – kolejny singiel z płyty z gościnnymi przyśpiewkami Ryana Leslie, a sam utwór jest już dość typowym, „rapowym lovesongiem”. Warto przy okazji zwrócić uwagę na umiejętność łączenia przez Jonesa różnych wątków. Jest on bowiem w swych tekstach prawdziwym gangsterem, pochodzącym z biedoty, któremu udało się wybić i nie stracić szacunku osiedli. Bardzo często dostajemy takie właśnie łączenie obserwacji człowieka z getta z mentalnością gwiazdy, która swym sukcesem od czasu do czasu chce się pochwalić, a poza wszystkim jest czuła na kobiece wdzięki. Nie jest to bynajmniej tematyka oryginalna, jednak Jones wyjątkowo dobrze przechodzi między wątkami i słuchacz w żadnym wypadku nie ma wrażenia niespójności. Capo potrafi również zająć się poważniejszą tematyką i w numerze Rain, będącym retrospektywną refleksją, której bohaterem jest jego syn, wspina się autor płyty na szczyt swych możliwości lirycznych.
Jones nie jest wciąż artystą posiadającym potencjał, by nagrać klasyk, czy utrzymać uwagę słuchacza na przestrzeni całego LP. Progres, o którym wspominałem, jest jednak widoczny i albumu Pray IV Reign słucha się wyjątkowo jak na dokonania Capo dobrze. Dodatkowo, autor płyty udowodnił gronie hejterów, że jest kimś więcej niż biznesmenem, który przypadkowo dorwał się do majka i nie chce go wypuścić z rąk. Ponad wszystko jednak postawił artysta wysoko poprzeczkę dla zbliżającej się płyty Cam’rona. Rywalizacji tego typu nie da się uniknąć i na pewno będzie o obu panach jeszcze głośno. Sam czekam na płytę Diplomats, lub na wspólny projekt Jonesa i Cam’rona, gdyż nie daję wiary drugiemu z panów, który przekonuje ostatnio, że do niczego w tym stylu nie dojdzie. Jak by nie było – na razie dostaliśmy z obozu Dipsetu wydawnictwo Pray IV Reign, które całkiem przypadło mi do gustu, jednak być może dlatego, że nie miałem po nim wygórowanych oczekiwań.
Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris
4 Comments
Comments are closed.