Ludacris – Theater of the Mind
Recenzje

Ludacris – Theater of the Mind

Ludacris to raper niemal idealny. Posiadacz mocnego głosu, niesamowicie giętkiego flow, fantastycznej dykcji, a do tego niezły tekściarz i autor zabarwionych humorem punchline’ów – to tylko kilka cech, które charakteryzują umiejętności założyciela Disturbing tha Peace. Wszystko wygląda pięknie, jednak przy okazji każdej niemal płyty Ludy (nie licząc klasycznego już dziś, oficjalnego debiutu – „Back for the First Time”) miałem wrażenie niewykorzystanego potencjału. O ile potrafił 'Cris zachwycać na singlach czy featuringach, tak ciężko mu było sprostać zadaniu nagrania całego LP. Ostatnia płyta zatytułowana „Release Therapy” kompletnie mnie zawiodła i na nowy krążek czekałem z niepokojem przemieszanym z ogromną ciekawością. Na szczęście Ludacris sprostał moim oczekiwaniom i pomimo pewnych niedociągnięć, wraz z „Theater of the Mind” dostaliśmy jedną z lepszych w tym roku produkcji z Dirty South.

Ludacris to raper o nieprzeciętnej charyzmie i na nowym albumie przekłada się ona na agresywne bragga, które zdominuje opisywany krążek. Przedsmak tego typu zwrotek dostajemy już w Intrze. The Runners dostarczyli firmowy podkład, a szesnastka Ludy ma nie pozostawiać wątpliwości, że mamy do czynienia ze znakomitym raperem, gwiazdą i człowiekiem sukcesu, który przeprowadzi nas przez 60 minut najlepszej muzyki. To, co rozpoczęło się na wstępie, kontynuuje zaraz numer Undisputed, który z punktu widzenia lirycznego jest reprezentatywny dla całej płyty. Agresywna gadka Ludacrisa emanuje pewnością siebie (daje nam on do zrozumienia, że jest, jak sama nazwa wskazuje, bezdyskusyjnym mistrzem mikrofonu i nie tylko), rymy składają się w bardzo przyzwoitą całość, punchline’y sypią się jeden za drugim (so put ya fist up, even the statue of liberty lit a flame for the way that I lit my wrist up czy and then I broke free, I’ll let ’em loose when Bobby Brown and Whitney Houston become drug-free), a jeśli dodamy do tego jeszcze nawiązania w stylu You’ll get stomped so bad you’ll leave da scene thinkin’ eight Young Bucks did it, nie pozostaje nam nic innego jak przyznać, że jeden z najlepszych obecnie bitewnych MC’s tworzy na południu USA. Kawałek oparty jest na dość oldschoolowym podkładzie autorstwa Don Cannona, a całość uzupełniają mówione fragmenty gwiazdy boksu – Floyda Mayweathera, które mają być chyba potwierdzeniem tego, że Ludacris mówi prawdę.

Podobne rozwiązania znajdziemy w wielu innych kawałkach z płyty Theater of the Mind. Wish You Would, w którym gościnnie pojawia się T.I., jest jednym wielkim autokomplementem w wykonaniu obu raperów, a argument potwierdzający ich zajebistosć to po prostu stan konta:

So many shoes that my closet look like Finish Line,
So many acres that my crib look like Bermuda,
So many diamonds that safe look like Kay Jewelers.

Podczas gdy Luda atakuje nas właśnie tego typu hiperbolami, T.I. nie pozostaje dłużny, prezentując słuchaczom dobrą technicznie zwrotkę z powalającą puentą: Fuck another car, It’s time to try and buy an airline. W Last of a Dying Breed powracamy natomiast do przechwałek związanych z muzyką – Luda i Lil’ Wayne to ostatni przedstawiciele gatunku kontrowersyjnych rapowych gwiazd, dzięki którym hiphop jeszcze nie umarł, choć było z nim kiepsko. 'Cris poraża agresją, Weezy staje na wysokości zadania, dostarczając przyjemną gościnną zwrotkę, a bujający podkład Wyldfyera oparty na patetycznej trąbce i pędzącej perkusji, jest tutaj rewelacyjnym tłem dla werbalnych popisów obu raperów. W MVP natomiast chwali się nam autor płyty, że jest pierwszym raperem z Południa na bicie Primo. Nie jest to bynajmniej prawdą, jednak jestem w stanie wybaczyć Ludacrisowi tę pustą przechwałkę. Firmowy podkład Premiera przenosi na wyższy poziom nawijkę Ludy, który zaczyna dość spokojnie, by rozkręcać się w miarę trwania utworu. Szczyt wirtuozerii osiągnął jednak raper w tracku Everybody Hates Chris. Koncept w owym utworze wygląda mniej więcej tak, że Luda wymieniając swoje sukcesy, daje do zrozumienia, iż nienawiść innych jest jak najbardziej uzasadniona i zrozumiała. Całość jest bardzo ironiczna, kipi pewnością siebie i tylko refren mógłby być ciekawszy, bo wykrzykiwanie „Fuck You Luda”, choć chwytliwe, razi brakiem pomysłów i wtórnością.

Drugą, nieco skromniej reprezentowaną grupą utworów, będą na Theater of the Mind numery imprezowe, które najlepiej określa angielskie wyrażenie – radio/club-friendly. What Them Girls Like to pierwszy singiel, oparty na orientalnych dźwiękach, ubarwiony refrenem Chrisa Browna i Seana Garretta i na pewno jest on godną, choć inną klimatycznie, kontynuacją takich hitów Ludy jak What’s Your Fantasy czy Stand Up. 'Cris rozpoczyna kawałek follow-upem klasycznego wersu Notoriousa B.I.G, by za chwilę nawiązać do Willa Smitha i dać słuchaczom naprawdę niezłe jak na singiel wersy, które wraz z bujającym podkładem i wejściami wokalistów R&B dają nam do spółki bardzo przyjemny kawałek. One More Drink natomiast to oda do alkoholu, która wyraża przede wszystkim starą prawdę, mówiącą, że „nie ma brzydkich kobiet, tylko czasem wina brak” (w wersji Ludacrisa – she started lookin’ better every shot of Patron). Gościnny refren T-Paina jest do przeżycia i cały kawałek pozostawia po sobie uśmiech na twarzy i całkiem przyjemne odczucia estetyczne. Całość dodatkowo spuentowana jest dopowiedzianym już tekstem Ludy: people too picky these days damn it! Too tall, too short, too fat, too skinny. Have a couple of drinks and quit discriminating – i jak tu Ludacrisa nie kochać? Gorzej niestety sytuacja wygląda przy okazji numeru Nasty Girl. Swizz Beatz łączy popowe pianino z syntezatorem i nie jest bynajmniej w tym procederze Kanye Westem. Podkład jest płytki, przesłodzony i na pewno nie powinien na nim nawijać Ludacris, bo Plies, który przyzwyczaił nas do tego typu „słodziaków”, wypada jeszcze całkiem znośnie. Słabym momentem płyty jest również soulowy Contagious. Wielu jest piosenkarzy, którzy mogliby zrobić z podkładu Scotta Storcha arcydzieło, jednak słabsze zwrotki Ludy i marnawy refren Jamie Foxxa nie są na pewno tym, co mam na myśli. Dużo mniej przyjaznym dla radia numerem będzie Call Up the Homies, który nawiązuje bardziej do motywu „Gangsta Party” i jest świetną kolaboracją Ludacrisa i The Game’a, do której niepotrzebnie wkradł się nowy nabytek DTP – Willy Northpole.

Płyta dość południowa w swym wydźwięku, zmienia klimat przy okazji opisywanego już numeru MVP. Innym, równie dobrym trackiem, przywołującym najlepsze tradycje Wschodniego Wybrzeża jest I Do It for Hip Hop, w którym Luda oraz gościnnie występujący Nas i Jay-Z dają wyraz swej miłości do kultury hiphopowej. Wszystkie zwrotki są przemyślane i dobre technicznie, a sam autor płyty bynajmniej nie odstaje na tle legendarnych partnerów. Dźwięki klawiszy zostają gdzieś w tle, mocny werbel wybija rytm, przez wszystko przewijają się odgłosy publiczności, a całość ubarwiają skrecze i mechanizm ten tworzy nam wzruszający, choć trochę za długi, hymn na cześć hiphopu. Na zakończenie płyty dostajemy natomiast wyprodukowany przez 9th Wondera numer Do the Right Thang, w którym Luda i Common zachęcają odbiorców do wykorzystywania szans jakie daje życie i podejmowania odpowiedzialnych decyzji. Utwór jest całkiem przyjemny, jednak to właśnie I Do It for Hip Hop powinien moim zdaniem zakończyć ten album.

Theater of the Mind nie jest płytą genialną. Rok 2008 to jednak nie najlepszy czas dla rapu z Dirty South. Ostatnie miesiące są dla przemysłu muzycznego czasem zalewu kiczowatymi produkcjami z Południa, które (poza pojedynczymi wyjątkami) nic do hiphopu nie wnoszą i niejednokrotnie zostawiają tylko uśmiech politowania na twarzy słuchacza. W tym kontekście płyta Theater of the Mind zasługuje na pochwałę i wyróżnienie. Ludacris stworzył bowiem album, który choć nie jest idealny, powinien zostać doceniony nie tylko przez fanów Dirty South.

Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris

4 Comments

  • sarkazz 12 grudnia 2008

    and that’s why everybody hates (Mr.) Chris… plytka super, praktycznie cala.

  • spidi 10 grudnia 2008

    Płyta może nie jest klasykiem, ale zrobiona z głową. Luda trzyma poziom goście z różnego świata bo jest i bokser i reżyser dobrze pomyślane szkoda tylko, że tak mało tracków

  • aaaaaaaaaaaaaa 9 grudnia 2008

    Tha Carter III moim zdaniem lepszy

  • jj 9 grudnia 2008

    Red Light District o wiele lepsze, niektórzy za mocno się podniecają tym albumem mówiąc że to klasyk.
    1. Intro na RLD o wiele lepsze
    2. Undisputed bardzo dobre
    3. Wish You Would tez dobre chociaz snitch T.I. troche przeszkadza
    4. One More Drink dobre, T-Pain daje rade
    5. Call Up The Homies naprawde przecietne nie wiem co niektorzy widza w tym kawalku
    6. Southern Gangsta dobre chociaz Officer Rick Ross troche przeszkadza, Playaz Circle niepotrzebni bo nie sa Southern Gangstas
    7. Everybody Hates Chris takie sobie chociaz teledysk zabawny zrobil
    8. What Them Girls Like bit spoko tylko tych spiewakow RnB za duzo w tym kawalku
    9. Nasty Girl porazka, Plies jako dodatek RnB
    10. Contagious takie sobie
    11. Last Of A Dying Breed u mnie w TOP 20 roku 2008, Weezy wymiata tutaj
    12. MVP swietnie sie wpasowuje po niektorych „radio friendly” kawalkach
    13. I Do It For Hip Hop dobre nie ma co
    14. Do The Right Thang spoko ale bez rewelacji

Comments are closed.