
Recenzując poprzednie wydawnictwo Rick Rossa – płytę „Trilla” – pozwoliłem sobie na opinię, że raper ma potencjał, by nagrać album klasyczny. Po jakimś czasie doszedłem jednak do wniosków wręcz przeciwnych. Samozwańczy Boss jest raperem, owszem, poprawnym, jednak brak w nim potencjału do nagrania długogrającej płyty, która zasługiwałaby na coś więcej niż miano dobrej. Swój sukces zawdzięcza artysta wizerunkowi, charyzmie i naiwności nastolatków wierzących w każde słowo swego idola o przestępczej przeszłości. Życie te „przechwałki” zweryfikowało i Boss z dnia na dzień przemienił się w „Oficera Ricky’ego”. Artysta uwiązał się dodatkowo w beef z 50 Centem, co było posunięciem łagodnie mówiąc głupim. Ross szczęśliwie nie podzielił losu Fat Joe, Ja Rule’a czy Cam’rona i po początkowych silnych ciosach oponenta, które raz za razem powalały go na łopatki, koniec końców przed nokautem się obronił. Gdzieś tak naprawdę w tle tego kontrowersyjnego beefu wisiała cały czas premiera albumu o wymownym tytule „Deeper Than Rap”. Ross potrafił zawsze zrobić zamieszanie wokół swych krążków i tym razem było podobnie. Artysta przekonywał cały świat, że stoimy na progu nowej ery w hiphopie, którą wyznaczy właśnie jego nowy album. Myślę jednak, że nikt kto trzeźwo patrzy na amerykański rap-biznes, fajerwerków po tej płycie się nie spodziewał. Jakby nie było, jest to najważniejszy album w karierze Rossa i od niego zależeć może przyszłość rapera w świecie mainstreamu. Czy dostaliśmy zgodnie z zapowiedziami coś głębszego niż rap?
Zdecydowanie nie. Krążek nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle premier ostatnich miesięcy, choć pojawia się na nim kilka kawałków ewidentnie zasługujących na uwagę. Wszystko zaczyna się wręcz rewelacyjnie, ale po początkowym zachwycie, album dość szybko zaczyna rozczarowywać. Będący de facto długim intrem Mafia Music to track odpowiedzialny za całe zamieszanie związane z osobą 50 Centa. The Inkredibles łączą melodyjne organy, subtelne riffy gitarowe, głęboki bas i mocną perkusję, tworząc tło dla przechwałek mistrza ceremonii. Warto tutaj dodać, że Ross poczynił pewien progres zwłaszcza w kwestii umiejętności lirycznych. Teksty na przestrzeni całego albumu rymują się składniej niż kiedyś, słychać większą dbałość o aspekt techniczny, a i punchline’y pojawiają się z trochę większą częstotliwością. Być może nawet lekki postęp zaszedł u rapera w kwestii flow i bardziej świadomie kładzie na bitach swe przemyślenia, jednak jest to tak naprawdę wciąż ten sam monotonny Ross, który na dłuższą metę męczy i nudzi. Drugą odsłonę muzyki zasługującej bynajmniej na bycie częścią albumu o tytule Deeper Than Rap dostajemy w numerze następnym. Wyprodukowany przez J.U.S.T.I.C.E. League Maybach Music 2 to godna kontynuacja poprzednika, choć zupełnie inna klimatycznie i budząca skojarzenia bardziej z Luxury Tax. Żywa perkusja i dźwięki klawiszy wzbogacone zostały o subtelny saksofon, podkład rozwija się w miarę trwania zwrotek, by powalić dynamiką w refrenie zapewnionym przez T-Paina, który dostarcza trackowi charakterystycznego komercyjno-bangerowego vibe’u. Kanye West wraca do rapowania, Weezy prezentuje charakterystyczną dla siebie zwrotkę, a Ross bynajmniej na tle bardziej utalentowanych kolegów nie odstaje. Dopełnieniem idealnego początku jest singiel Magnificent. Utwór nie porywa może za pierwszym przesłuchaniem, jednak po odpowiednim osłuchaniu doceniamy subtelną produkcję autorstwa ponownie J.U.S.T.I.C.E. League, urzekający refren gwiazdy soulu Johna Legenda i przechwałki Rossa będące apoteozą życia gwiazdy.
Nie wszystko niestety działa tak dobrze jak w przypadku opisanych tracków i mamy za często do czynienia z utworami średnimi lub wręcz słabymi. Przykładem niech będzie numer kolejny czyli Yacht Club, w którym szalone pianino przyciąga uwagę, trąbka wzbogaca słaby skądinąd refren, a Ross rymuje wyjątkowo jak na siebie szybko i dynamicznie. Jest niby dobrze, jednak całość nie powala i brakuje jej jakiejś głębszej nadrzędnej idei czy pomysłu. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku Rich Off Cocaine. J.U.S.T.I.C.E. League poprzeczkę postawili zbyt wysoko i tym razem przynudzają wtórnym, przesłodzonym podkładem, Avery Storm bezskutecznie stara się kawałka nie zepsuć, a Ross brnie w zaparte monotonnie przekonując do tytułowej tezy. Jest niestety jeszcze gorzej, gdy Boss zaczyna bawić się w R&B i nawijać o kobietach, seksie i kwestiach z tym związanych, a robi to na Deeper Than Rap dość często. The Runners to wciąż najgorętsi producenci w grze z jednym wszak warunkiem – muszą przygotowywać gorące bangery prosto do klubu czy samochodu. Ich próby tworzenia spokojnych melodii zawodziły już niejednokrotnie i Lay Back mogą panowie dopisać sobie do listy porażek producenckich. Dodatkowo zawodzi również Robin Thicke, prezentując nam najgorszy chyba refren w karierze, a „Officer Ricky” nie jest raperem, który mógłby wyciągnąć owy track z sideł kiczu. Najgorszym momentem gdzie zamiast z głębią mamy do czynienia z istną mielizną smaku i stylu, jest jednak All I Really Want. The-Dream wydał ostatnio dobrą solową płytę, ale jego refren i przyśpiewki w opisywanym tracku ocierają się o żenadę, a nudny, przesłodzony podkład dodatkowo zupełnie nie pasuje do głosu Ricky’ego. Nie jest to bynajmniej koniec tematyki kobieco-seksualnej. Bossy Lady to kawałek znośny, choć można przytoczyć ponownie to samo spostrzeżenie dotyczące podkładu Runnersów. Ross robi jednak swoje, całość wyciąga dobry refren Ne-Yo, a wszystko mogłoby się podobać dużo bardziej, gdyby był to pierwszy na płycie utwór w tej konwencji. Bardziej hardcorowe rozwiązanie przynosi nam natomiast głupawy kawałek Face. Drumma Boy jest wciąż gorący, a sam Ricky powinien był napisać 3 porządne szesnastki i występ Triny ograniczyć do regularnego refrenu. Nie jest wszakże źle, choć próżno szukać w owym tracku wspominanej głębi.
The Runners na szczęście nie ograniczyli się jedynie do prób R&B i przypomnieli słuchaczom, za co uwielbiani są na całym świecie, tworząc rewelacyjny, urozmaicony, uliczno-jazzujący podkład do zamykającego płytę In Cold Blood, w którym Ross docina 50 Centowi w refrenie wykonanym przez samego siebie, co w kontekście całego krążka wymaga podkreślenia. Usual Suspects natomiast to dobra kolaboracja na linii Miami/ Nowy Jork. Sentymentalny podkład The Inkredibles jest świetnym tłem dla dokonań raperów, w których nawijce retrospekcje mieszają się z obserwacjami społecznymi (głównie Nas) i przechwałkami z punktu widzenia stanu dzisiejszego (to już Ross). W Murda Mami wszystko zaczyna się bardzo dobrze. Tajemniczy podkład z charakterystyczną gitarą w klimacie bardziej Teksasu niż Florydy zdecydowanie przykuwa uwagę, Ross zapętla się w tematyce reprezentatywnej dla całego albumu, lecz mimo wszystko brzmi dobrze, a całość psuje refren Foxy Brown. Raperka dostarcza trochę lepszą zwrotkę, jednak tak naprawdę jej obecność jest zupełnie niepotrzebna i taki dobór gości zmusza do zastanowienia. Czyżby nikt inny nie chciał wystąpić na płycie strażnika więziennego? Jakby nie było, pojawiające się na końcu tracku wariacje jamajskie niejakiego Magazeena tylko pogarszają sprawę i choć nawijkę Rossa trzeba urozmaicać, tak w tym przypadku lepiej by wyszedł ciągnąc ten utwór samemu. Zarzut złego doboru gości pojawić się musi również przy okazji opisu kawałka Gunplay. Ross rozpoczyna owy utwór wymownym stwierdzeniem run with me or run from me i prezentuje przyjemne w odbiorze gangsterskie bragga. Jeśli dodać do tego kolejny klimatyczny podkład The Inkredibles, mógłby z tego wyjść jeden z lepszych kawałków na płycie, gdyby nie okropny refren i zwrotka mało znanego gościa, członka Triple C’s o ksywce Gunplay, który jest tak słaby, że naprawdę nie wart krytykowania.
Tytuł albumu zapowiadał coś głębszego niż rap, a dostaliśmy produkcję jakich obecnie sporo. Nowe wydawnictwo Rossa nie jest złe, jednak w żadnym wypadku nie stworzy historii. Artysta zaplątał się gdzieś między potrzebą walki o swój uliczny wizerunek, chęcią wyjścia zwycięsko z beefu z 50 Centem, dążeniami komercyjnymi i próbą stworzenia czegoś oryginalniejszego. Wyszedł z tego album troszkę chaotyczny, po którym nie widać jakiegoś nadrzędnego pomysłu, album średni z kilkoma wszakże świetnymi kawałkami nadającymi się do wrzucenia na składankę do samochodu. Czy Deeper Than Rap osiągnie sukces komercyjny? Z odpowiedzią na to pytanie mają problem nie tylko eksperci, ale i sami raperzy. Popularność internetowa nie zawsze przekłada się na sukces komercyjny albumu i tak naprawdę możemy oczekiwać wszystkiego. Sam źle Rossowi na pewno nie życzę i czekam z niecierpliwością na jutrzejsze wyniki sprzedaży. Życzę mu natomiast więcej mądrości w jego mających dowartościować ogromne ego zapędach i większej kreatywności, bo klasyka to on nie nagra, ale coś lepszego niż Deeper Than Rap jest w jego zasięgu.
Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris


12 Comments
Comments are closed.