Recenzje

Rick Ross – Trilla

Entuzjaści rapu z Miami dobrze pamiętają zapewne rok 2002, w którym to ukazały się 2 świetne wydawnictwa – płyty „Thug Holiday” Trick Daddy’ego i „Diamond Princess” Triny, na których to pojawiła się gościnnie późniejsza wielka gwiazda, nie tylko swojego miasta, ale i całego hiphopu – Rick Ross. Artysta wystąpił również w teledysku promującym wydawnictwo Diamentowej Księżniczki, prezentując jakże odmienny od dzisiejszego image, nie spodziewając się przypuszczalnie jak wielki sukces stanie się wkrótce jego udziałem. Perypetie życiowe sprawiły jednak, że nie od razu dane było artyście zrobić karierę. Raper musiał poczekać aż 4 lata, ale opłaciło się – rok 2006 należał już do Rick Rossa, który dość niespodziewanie stał się z miejsca gwiazdą, jeszcze przed oficjalnym wydaniem płyty. Artyście pomógł zdecydowanie uliczny wizerunek, będący efektem podkreślania na każdym kroku jego „hustlerskiej” przeszłości i przede wszystkim superhit „Hustlin'”, który zrobił ogromną karierę na całym świecie i wywołał modę na uliczne brzmienia okraszone refrenem w stylu „chopped & screwed”. Singiel pobił swego czasu wszystkie rekordy, dotyczące sprzedaży digital, itunesów itp. i już teraz, 2 lata później, możemy mówić o nim jako o klasyku. W kontekście całego zamieszania, lepiej niż przyzwoita sprzedaż debiutanckiego krążka „Port of Miami” (722 000), została okrzyknięta małą porażką. Rzeczywiście potencjał był dużo większy i cała maszyna marketingowa w pewnym miejscu musiała zawieść. Ross jednak i tak dołączył do grona milionerów, album został całkiem dobrze przyjęty, a fani już od dłuższego czasu z niecierpliwością oczekiwali nowego wydawnictwa. Premiera płyty „Trilla” była wielokrotnie przekładana, aż wreszcie ujrzała światło dzienne z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Efektem takiego stanu rzeczy były ogromne oczekiwania publiczności. Czy Ross sprostał zadaniu?

Niestety odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Tym, co daje się zauważyć już przy pierwszym przesłuchaniu, jest fakt, że planem Rossa nie było nic więcej jak nagranie sequelu Port of Miami. W efekcie, przy słuchaniu Trilla niepokoiło mnie wrażenie, że mam do czynienia z podróbką debiutu. Pierwszy singiel Speedin’ miał kontynuować sukces utworu Hustlin’, lecz po początkowo dobrych notowaniach, tak naprawdę nie zrobił kariery na listach przebojów. Fakt ten może jednak dziwić, gdyż numer ten jest dopracowanym, perfekcyjnym, klubowym hitem, opartym na formule, która przyniosła sukces już nie raz – być może jest to znak, że publiczność oczekuje czegoś nowego. Jakby nie było, Ross po raz kolejny pokazał, że na podkładach The Runners czuje się świetnie, a gościnnie śpiewający R. Kelly sprawia wrażenie, że jest urodzony do ubarwiania swym wokalem tego typu produkcji i jest to z pewnością jeden z najmocniejszych momentów płyty. Sukcesu na szerszą skalę jednak nie było, więc sięgnięto do drugiego sprawdzonego sposobu na zrobienie pieniędzy, który opiera się na zasadzie „refren T-Paina lekiem na całe zło”. W utworze The Boss J.R. Rotem dostarcza nam jednak podkład, który nijak nie współgra z refrenem wokalisty, a całość sprawia wrażenie wymuszonej i mnie osobiście kompletnie nie odpowiada. Magia T-Paina jednak działa i utwór małymi kroczkami pnie się na coraz wyższe pozycje na listach przebojów. Kolejnym numerem, który może zrobić zamieszanie w klubach jest All I Have In This World wyprodukowany i okraszony refrenem Mannie Fresha. Producent po dłuższej chwili ciszy powraca w dość dobrym stylu, dostarczając nam firmowy podkład z charakterystycznym cykaczem, na którym jednak Ross jakoś specjalnie skrzydeł nie rozwija, jednak utwór zaliczyć można z pewnością do plusów wydawnictwa. Kolejnym pozytywnym akcentem będzie urzekający kawałek This Is The Life, w którym autor płyty opowiada nam o zaletach bycia bogatym, a Trey Songz ubarwia całość bardzo optymistycznym w wydźwięku refrenem.

Są dodatkowo na albumie 2 utwory genialne: Maybach Music i Luxury Tax. W pierwszym z nich gościnnie pojawia się Jay-Z, a sam numer oparty na soulowych brzmieniach z lat ’70, przywołuje nam klimat płyty American Gangster Hova’y i jest z pewnością najlepszym numerem na wydawnictwie. Ross dostarcza nam w zwrotkach po trosze storytellingu, retrospekcji i przechwałek i naprawdę staje na wysokości zadania jakim jest genialny podkład autorstwa J.US.T.I.C.E. League i gościnna obecność na tracku legendy rapu. Mimo wszystko Jay-Z kradnie autorowi ten numer, urzekając swoją zwrotką, prezentując niekiedy bardzo proste, lecz w tej prostocie genialne punchline’y. Luxury Tax natomiast to kolaboracja czołówki mainstreamowego Południa, w której, choć każdy z raperów wypada na swój sposób dobrze, to prym wiedzie Lil’ Wayne z naprawdę dobrą zwrotką i tradycyjnie już rewelacyjnym refrenem. Całość jest apoteozą pieniędzy, a kolejny genialny podkład J.US.T.I.C.E. League wróży grupie owocną przyszłość.

Nie wszystko jednak wygląda na Trilla tak kolorowo. Utwór Money Make Me Cum nie dość, że wcale nie buja, to w swym przekazie jest niemalże idiotyczny. Here I Am natomiast sprawia wrażenie, że znalazł się przez pomyłkę nie na tej płycie co trzeba, a wymuszone R&B spowodowało, że zatęskniłem za Fly Like Me Chingy’ego. Dodatkowo, gościnnie występujący Nelly, pokazał, że kompletnie już się wypalił i całości po prostu nie da się słuchać. Uliczny joint Reppin My City wydaje się być wepchnięty na siłę, bo miejsce tego tracku znajduje się na jakimkolwiek mixtapie, ale nie na jednej z najbardziej oczekiwanych premier tego roku. Utwory natomiast takie jak This Me czy Billionaire sprawiają wrażenie wtórnych i kompletnie nie zapadają w pamięć.

Choć z powyższych rozważań wynika, że momenty dobre, a czasem genialne przewyższają te, które nie spełniły oczekiwań, to pojawia się jeszcze jedna smutna refleksja. W większości przypadków zasługa Rossa jest znikoma. Autor płyty często staje z boku, będąc de facto dodatkiem dla bujających podkładów, refrenów, czy błyszczących gości. Dziwne to odczucie, gdyż raper jest z pewnością obdarzony charyzmą i tak naprawdę to on powinien na tej płycie królować. Warstwa wokalno-liryczna nie jest jednak kompletnie do niczego, gdyż można zauważyć w niej nawet mały progres w stosunku do debiutu. Chropowaty, przepalony flow Rossa co prawda się nie zmienił, ale o ile w przypadku Port of Miami artysta pisał teksty trochę po omacku, teraz widać, że ma swój utrwalony styl, oparty na charakterystycznym bragga i podkreślaniu statusu „bossa”. Teksty rymują się całkiem sprawnie i od czasu do czasu wychwycić możemy ciekawe punchline’y. Dodatkowo artysta posiada rzadką umiejętność łączenia przechwałek dotyczących własnego sukcesu i opowieści o bogactwie z uliczną refleksją doświadczonego realisty z getta. Jak uczy historia rapu, konwencja pozwala na takie połączenia bez posądzenia o nieautentyczność, a Ross w tym aspekcie jest naprawdę dobry. Mimo wszystko pozostał we mnie niedosyt, gdyż uważam, że artystę naprawdę stać na więcej i gdyby na całej płycie błyszczał tak jak w utworach Speedin’, Maybach Music czy Luxury Tax, mój entuzjazm co do albumu byłby dużo większy.

Przed ciężkim zadaniem staje recenzent, który ma ocenić tak oczekiwaną płytę, jaką jest Trilla, gdyż wysokie wymagania, wzmagane przechwałkami samego artysty sprawiają, że obiektywizm opinii potencjalnie się zmniejsza. Płytę Rossa przesłuchałem jednak wiele razy i nie zmieniłem zdania – wydawnictwo jest przyzwoite, ma momenty genialne, ale tak naprawdę zawodzi. Sam artysta będzie miał szczęście jeśli komercyjnie zbliży się do wyniku debiutu choć i to wydaje się wątpliwe. Mimo wszystko warto dać płycie szansę, chociażby dla wspomnianych genialnych momentów. Ja natomiast liczę, że do kolejnej produkcji podejdzie Ross z większa pokorą i przy okazji trzeciej płyty dostaniemy klasyk, gdyż potencjał na nagranie takiego na pewno w artyście drzemie.

Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris

Exit mobile version