T.I. – Paper Trail
Recenzje

T.I. – Paper Trail

Samozwańczy król Południa – T.I. – choć nigdy w moim odczuciu na owe miano nie zasługiwał, jest z pewnością postacią dla Dirty South bardzo ważną i zasłużoną. CEO Grand Hustle Records, postać odpowiedzialna za wypromowanie takich wykonawców jak chociażby Yound Dro czy Big Kuntry King, autor m. in. takich płyt jak niedoceniona „I’m Serious”, genialna i klasyczna „Urban Legend”, czy niemalże równie dobra „King” – powrócił ze swoim najnowszym krążkiem „Paper Trail”. Sam byłem swego czasu fanem T.I.’a, więc z tym większą przykrością muszę stwierdzić, że nowy album rapera z Atlanty to płyta jedynie średnia z lekkim może odchyleniem na plus.

Co wpływa na taki stan rzeczy? T.I. był zawsze raperem, który pośród licznych swych umiejętności, słuchaczy fascynował przede wszystkim niesamowitym flow, którym mógł przenieść na wyższy poziom niejeden słabszy podkład. Na Paper Trail przestało to działać. Zniknęła gdzieś żądza mikrofonu, agresja i pewność w wypowiadaniu punchline’ów, a także ta ogromna charyzma, która przekonała fanów do tezy, że to właśnie T.I.P. jest królem Południa. Nie można powiedzieć, że autor płyty wypada słabo na przestrzeni całego wydawnictwa, jednak ogólne wrażenie jest zdecydowanie gorsze niż na poprzednich albumach. Drugą kwestią, która na Paper Trail nie działa jak należy, jest aspekt produkcji. Podkłady zbyt często atakują nas wtórnością czy prostotą, która w tym przypadku nie będzie synonimem piękna. Pojawiają się perełki, jednak jest ich zdecydowanie za mało.

Ucieleśnieniem tych właśnie wad, opisanych na poziomie ogólnym, będzie bardzo już konkretny pierwszy oficjalny singiel Whatever You Like. Podkład tak słodki, że nawet Radio Eska jest zbyt hardcorową rozgłośnią, by mieć track ten w swoim repertuarze, podśpiewywanie T.I.’a, z którym ten zupełnie sobie nie radzi i tekst tak wyświechtany, że balansujący na granicy parodii, to główne wady opisywanego numeru. Utwór zdobył sobie wielką popularność i skłonić to może jedynie do smutnej refleksji nad gustem fanów hiphopowych XXI wieku. Uspokajam jednak tych, którzy nie dali się zwieść słodzeniem T.I.’a – nic gorszego niż Whatever You Like na Paper Trail nas już nie spotka.

Mimo mojego braku entuzjazmu, przyznać muszę, że album zaczyna się całkiem nieźle. Otwierający płytę numer 56 Bars dostarcza nam niezły jak na intro, agresywny podkład i równie żarłoczną nawijkę T.I.’a, którą ogranicza jedynie właśnie ten nowy, niezbyt pociągający flow rapera. Odwrotną sytuację mamy w drugim tracku pt. I’m Illy – T.I. przechodzi samego siebie, jednak podkład brzmi jakby zagubił się gdzieś pod koniec lat ’90. Bardzo klimatyczny Ready for Whatever klimatem nawiązuje do płyty T.I. vs. T.I.P. i mimo pewnej wtórności jest jednym z mocniejszych momentów wydawnictwa. Prawdziwą perełką jest natomiast On Top of the World, w którym T.I. tworzy świetną kolaborację z Ludacrisem, a numer ubarwiony dodatkowo urzekającym refrenem, jest tak optymistyczny, że nie sposób go nie pokochać. Luda kradnie jednak ten utwór bohaterowi recenzji i zaostrza apetyt na nadchodzącą solową płytę. Nie jest bynajmniej lepszy lirycznie, lecz błyszczy na tle kolegi po fachu swym niesamowitym flow i pewnością siebie. Jest to dziwne i przykre, bo to właśnie T.I. był zawsze jednym z najbardziej charyzmatycznych raperów, a owa charyzma wydawała się być zupełnie naturalna. Luz T.I.’a na Paper Trail sprawia wrażenie w pewnym stopniu wymuszonego, co może być jednak konsekwencją problemów z prawem i ciężkich chwil jakie przeżył raper w ostatnim roku.

Wady, które opisałem do tej pory są mimo wszystko niewielkie, wynikają bardziej z recenzenckiego czepiania się i nie zmieniają dobrego wrażenia jakie zostawia po sobie początek płyty. Problemy zaczynają się przy numerze Live Your Life. Tak naprawdę nie mam nic przeciwko eksperymentowaniu poprzez samplowanie numeru Dragostea Din Tei grupy O-Zone, jednak w tym przypadku owy eksperyment wyraźnie Just Blaze’owi nie wyszedł. Rihanna, która próbuje zaśpiewać nowe słowa pod starą melodię tylko pogarsza sprawę i w rezultacie dostajemy po prostu niewypał. Szkoda, bo pomysł sam w sobie ciekawy i na pewno był potencjał, żeby dokonać czegoś więcej niż nagranie numeru dla nastolatków. Trzeba jednak oddać T.I.’owi, że jest w tym utworze jedynym pozytywnym akcentem, dostarczając zwrotki naprawdę dobre technicznie. Na samych tekstach rapera skupię się jednak w dalszej części recenzji, więc nie będę teraz tego wątku rozwijał.

Na temat Whatever You Like napisałem już i tak więcej niżby utwór na to zasługiwał i niestety w przypadku kolejnych tracków jest niewiele lepiej (choć gorzej, jak napisałem, być nie może). No Matter What to kolejny, pozbawiony muzycznie jakiegokolwiek pomysłu numer, w którym T.I. stara się udawać, że jest fajny i wyluzowany. Podobnie wygląda sytuacja z utworami My Life Your Entertainmen i Porn Star, które, owszem są znośne, jednak nie mają w sobie ducha, sprawiają wrażenie wypełniaczy i, po raz kolejny, ratuje je jedynie nawijka T.I.’a, który nie jest jednak wokalnie w na tyle dobrej formie, by przenieść opisywane tracki na wyższy poziom. Swizz Beatz natomiast, który dostarczył nam instrumental w numerze Swing Ya Rag ewidentnie powinien wreszcie zmienić pomysł na perkusję – kawałek buja, jednak jest kolejnym nagranym bez pomysłu, a Paper Trail to w końcu płyta „króla Południa”, a nie debiutanta z przedmieść Atlanty.

Te nieudane, momentami wręcz żenujące momenty, rekompensuje nam T.I. pod koniec płyty. Every Chance I Get to niesamowity banger, który nawiązuje do lat świetności T.I.’a i jest pierwszym kawałkiem, w którym wszystko znajduje się na swoim miejscu. Bohater recenzji jest wreszcie autentycznie pewny siebie, agresywny zachrypnięty flow idealnie wpasowuje się w dynamiczny podkład i po raz pierwszy na tej płycie T.I.P. przekonuje mnie do wypowiadanych zdań. Najlepszym kawałkiem na albumie jest jednak Swagga Like Us, w którym Kanye West łączy elektroniczne dźwięki, mocną perkusję i sampel z hitu M.I.A. zatytułowanego Paper Planes, co daje wrażenie wręcz piorunujące. Numer ubarwiony jest dodatkowo zwrotkami renomowanych gości – autor podkładu i Lil Wayne kolejny raz pomagają sobie Auto-Tune’em, Jay-Z błyszczy luzem i wytwornością, a T.I. może nie wyróżnia się na tle kolegów, ale bynajmniej nie odstaje. Utwór You Ain’t Missin’ Nothin to również muzyczna uczta dla ucha – podkład z nostalgicznymi dźwiękami pianina, gitary i saksofonu jest genialnym tłem dla poważniejszych rozważań bohatera recenzji. Zamykający płytę Dead and Gone to natomiast połączenie spokojnego pianina z dynamiczną perkusją a’ la Timbaland, na których T.I. przyśpiesza nawijkę i brzmi całkiem nieźle. Refren Justina Timberlake’a idealnie uzupełnia całość i widzimy, że T.I.P. wciąż ma pomysły i ogromny potencjał, jednak zbyt rzadko na tym albumie go wykorzystuje.

W generalnym rozrachunku wady i zalety aspektów muzycznych i wokalnych niwelują się nawzajem i otrzymujemy po prostu średnią płytę. Napisałem jednak na początku od odchyleniu na plus i będzie to zasługa tekstów, jakie dostarczył nam T.I. na nowe wydawnictwo. Gdy raper zaczynał pracę nad Paper Trail, oznajmiał wszem i wobec, że powróci do zapisywania swoich zwrotek. W jednym z ostatnich wywiadów stwierdził jednak, że współczesny T.I. tekstów nie zapisuje. Nie wiem jak jest w rzeczywistości, ale jedno jest pewne – T.I.P. przeniósł swą lirykę na wyższy poziom. Flow może nie błyszczeć, podkład zawodzić, jednak T.I. dostarcza teksty, które technicznie są po prostu dobre. Najlepszym przykładem takiego stanu rzeczy może być chociażby początek zwrotki z numeru No Matter What:

Hey, hey never have you seen in your lifetime
A more divine Southern rapper with a swag like mine.
Facin’ all kinda time, but smile like I’m fine.
Brag with such passion and shine without tryin’.
Believe me, pain’s a small thang to a giant.
I was born without a dime, out the gutter I climbed.
Spoke my mind and didn’t stutter one time.
Ali said even the greatest gotta suffer sometimes.

Napisałem wcześniej, że T.I. udaje w tym numerze, że jest fajny i wyluzowany. Rzeczywiście takie jest wrażenie przy słuchaniu całości. Czytając jednak taki fragment można tylko i wyłącznie T.I.’a za świetną robotę pochwalić. Podobnie sytuacja wygląda przy okazji Live Your Life – numer jest żenujący, jednak jechanie na podwójny (bynajmniej nie taki prosty) rym w pierwszej zwrotce zmusza do podziwu. Dodatkowo zaznaczyć trzeba, że T.I. jest równy na przestrzeni całej płyty – jedynym wyjątkiem będzie Whatever You Like. Dostarcza nam z jednej strony agresywne braggadocio jak w numerach 56 Bars czy I’m Illy, by potem opowiedzieć słuchaczowi o swych kłopotach życiowych w Ready for Whatever, poruszyć kwestię sławy w My Life Your Entertainment czy skierować wzruszającą nawijkę w stronę zamkniętego w więzieniu kolegi w You Ain’t Missin’ Nothin. Wszystko brzmi naprawdę dobrze z zastrzeżeniem, że słabe teksty można zrekompensować flow i muzyką, jednak nie zawsze działa to w odwrotną stronę.

Pośród wielu recenzji w amerykańskich mediach, które oceniają Paper Trail podobnie do mnie, pojawiają się niestety takie, które zmuszają do refleksji, że o T.I.’u źle pisać nie można. Ocena warstwy muzycznej przez jedną ze stron internetowych na 9,5/10 (wyżej niż lirykę) to ewidentne nadużycie, niezależnie od upodobań muzycznych i stopnia miłości dla autora płyty. Zasięgnąłem nawet opinii znajomego, którego „erudycja muzyczna” plasuje się przynajmniej poziom wyżej niż moja i ten był niestety dla wydawnictwa jeszcze bardziej surowy. Paper Trail w moim odczuciu nie jest jednak płytą złą, jednak wydawnictwu naprawdę dużo brakuje do Urban Legend czy King. Takich porównań nie da się niestety uniknąć, bo jeśli wykonawca przyzwyczaja nas do pewnego poziomu, jego obniżenie, tak jak to ma miejsce w tym przypadku, musi zaowocować niedosytem.

Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris

9 Comments

  • sołtys 4 grudnia 2008

    plyta kiepska ale juz po pierwszym singlu nie spodziewalalem sie niczego dobrego – mialem racje, nowe flow T.I. jest straszne

    a recenzja baardzo dobra i nie mija sie z prawdą

  • g 22 października 2008

    moim zdaniem troszeczkę nieobiektywna recenzja ,no ale o gustach się nie dyskutuje ,chociaż nie przecze że kilka kawałków mogłoby nie znaleźć się na tej płycie ,no ale ogólnie płyte oceniam na 7,5 / 10

  • patryk f. 17 października 2008

    Z całym szacunkiem dla Pana Krzysztofa Sacała – proszę zrezygnować z tworzenia recenzji, oraz znaleźć osobę kompetentną na Pana stanowisko. Rzeczą niewybaczalną dla recenzenta w Pana przypadku jest pominięcie utworu (singiel, sic!) „”What Up, What’s Haapnin'” w Pana recenzji. Pomijam już wieloktrony problem z zasadnicznym punktem obiektywizmu recenzji.

  • ertyy 11 października 2008

    Moim zdaniem Young Jeezy,The Game, T.I. wydali słabe płyty. Trzeba poszukac trochę głębiej żeby znaleźc naprwdę świetne płyty takie jak: Slim Thug & BHO – Back By Blockular Demand oraz przede wszystkim YUNG KEE – PERFECT TIMING (PRODUCED BY REAL CRUNK ORIGINATOR: DJ SQUEEKY) !!!

  • kintaru 11 października 2008

    niestety kolejna recenzja w ktorej zabraklo obiektywizmu.

  • mt 11 października 2008

    juicemane: Widać ty lubisz O-Zone skoro tylko z tym Ci się kojarzy początek… Kawałek jest mega pozytywny, a przecież nie ocenia się kawałków po samplach w nich użytych xD lol zwłaszcza jak występują tak rzadko. Płyta również na +

  • henmann 10 października 2008

    autor tej recenzji nie moze mieć racji skoro za genialną uważa płytę urban legend czyli najgorsze wydawnictwo w dyskografii T.I. według znawców tematu i mojej rownież a paper trail jest super świetne do słuchania i tyle a słodkie whatever you like ma byc słodkie i jest w ch dobre!!!

  • juicemane 10 października 2008

    „Live Your Life” to najbardziej wsiowy numer roku chyba że ktoś jednocześnie lubi T.I. i O-Zone…

  • kurwa 10 października 2008

    Wypierdalaj od Whatever You Like. Tak jak od Goons Lurkin Plies’a. Chuj.

Comments are closed.