
Ponad półtora roku temu rozpływałem się w zachwytach nad płytą UGK, zatytułowaną „Underground Kingz”, ciesząc się, że skład powrócił w wielkim stylu i osiągnie jeszcze niejedno. Niecałe 4 miesiące po napisaniu tejże recenzji życie zweryfikowało jednak moje przewidywania. Pimp C – 1/2 składu – zmarł 4 grudnia 2007 roku, przekreślając tym samym szanse składu na stworzenie historii w świecie mainstreamu. Bun B – druga połowa UGK – zapowiedział dość szybko, że ukażą jeszcze dwie produkcje związane z postacią Sweet Jonesa – płyta solowa i wspólny pożegnalny krążek duetu. Powiem szczerze, że nie wiem, czy pierwszy z projektów jest dalej planowany, pewne jest jednak, że po szeregu archiwalnych zwrotek, które pojawiały się na albumach innych wykonawców, Bun stworzył i wydał ostatnie LP legendarnego składu z Port Arthur w Teksasie. Fani obawiali się, że nowy krążek składał się będzie z numerów, które nie weszły na „Underground Kingz” i pozostawi skazę na bogatej historii wydawniczej UGK. Warto jednak przypomnieć, że półtora roku temu zastanawiano się, czy skład jest w stanie nagrać album dwupłytowy i duet wywiązał się z tego zadania rewelacyjnie. Czy i w tym roku Bun i Pimp się obronili?
Zdecydowanie tak, choć prawdą jest, że przynajmniej częściowo mamy do czynienia z „odrzutami” z płyty poprzedniej. Pimp C słyszalny był po śmierci niemal tak dobrze jak za życia. Jego zwrotki pojawiały się na wielu wydawnictwach, a płyta UGK 4 Life to zbiór niepublikowanych wcześniej dokonań rapera. Tworzy to niestety wrażenie powtarzalności. Zwrotki Chada Butlera brzmią czasami rzeczywiście jak półfreestyle, czy słabsze dokonania, które nie zagrzały miejsca na Underground Kingz. Wszystko to sprawia, że płycie 4 Life brakuje trochę do poprzedniczki, jednak na pewno może się podobać.
Bun B zadbał o to, by brzmienie UGK zostało zachowane. Większość produkcji to podkłady autorstwa Pimp C i kontynuują one obraną już dawno drogę w składaniu dźwięków. Pianino, funkowe gitary, pędzące cykacze, brudne baseline’y, wpływy soulu lat ’70 to charakterystyczne dla UGK rozwiązania, które wciąż mogą się podobać. Kawałki zawarte na 4 Life są raczej względnie spokojne i na tym tle błyszczy bangerowaty numer Still On The Grind, który akurat nie daje po sobie poznać, że zwrotki jednego z członków składu są archiwalne. Pimp C nawija charakterystyczne dla siebie mniej lub bardziej głupawe teksty, błyszcząc nieprzeciętną charyzmą, podczas gdy Bun zachwyca dykcją i poukładanym braggadocio. Występujący gościnnie Raheem DeVaughn ubarwia całość rewelacyjnym refrenem i dostajemy w efekcie kawałek niemal idealny. Owe refreny były zawsze mocną stroną wydawnictw UGK i na nowym albumie sytuacja wygląda dobrze, choć nieuchronnie brakuje większej ilości soulfulowych wariacji wokalnych Sweet Jonesa. Nie w każdym bowiem tracku odnajdziemy wywołujące wzruszenie przyśpiewki jak przy okazji Feelin’ You czy Da Game Been Good to Me. Pojawia się natomiast na UGK 4 Life kolejny rewelacyjny gość czyli Ron Isley, tworząc świetną kolaborację z duetem z Teksasu. Problemem z pewnością jest natomiast obecność w Hard As Hell gwiazdy Pop/R&B – Akona – odpowiedzialnego dodatkowo za produkcję utworu. Daleko mi do bycia przeciwnikiem wokalisty, jednak opisywany numer to jedyny na płycie moment jednoznacznie słaby, niepotrzebny i burzący spójny klimat krążka.
Różnice między postaciami mistrzów ceremonii są ewidentne i pokazałem je dogłębniej przy okazji recenzji Underground Kingz. Warto jednak napisać, że nawet na wydawnictwie pośmiertnym chemia między panami działa i wciąż ma się wrażenie, że zostali stworzeni do duetu, którego siła tkwi właśnie w tej różnorodności. Jeśli chodzi o Chada Butlera, to jak zwykle zajmuje się w tekstach przede wszystkim gloryfikacją swej idealnej osobowości, a słowem-kluczem do odczytania jego przesłania jest „bitch” ze wszystkimi jego synonimami. Pimpin’, pieniądze, kobiety, sex – to spodziewane i główne wątki tematyczne, do których dodać można również oczywiste przechwałki i szczyptę obserwacji społeczno-politycznych płynącą z ust drugiego z raperów. Bun B – bo o nim mowa – jest od dłuższego czasu w nieprzerwanie dobrej formie i zachwyca nas tym co zwykle – rewelacyjnym głosem, dobrymi rymami, grą słów itd. Nie kradnie show koledze z zespołu, ale i nie pozostaje w cieniu – tak też było zawsze i na UGK 4 Life proporcje zostały zachowane. Co ciekawe, gdybym nie znał wcześniejszych dokonań duetu, mógłbym nie wyczuć faktu, że jeden z autorów płyty nie żyje. Dopiero porównanie z wcześniejszymi zwrotkami Sweet Jonesa nasuwa wspomniane już wrażenie wtórności. Płyta sama w sobie poukładana jest spójnie i z pomysłem. Jest to zdecydowany plus i na szczęście uniknięto potencjalnych pseudopatetycznych wspomnień zmarłego artysty w postaci notorycznych „R.I.P. Pimp C” czy – broń boże – wspominek typu Angel in the Sky z płyty II Trill. Na UGK 4 Life Pimp C żyje i wrażenie to jest po prostu bezcenne.
Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że zaproszono na krążek zbyt wielu gości. Część z nich jednak ogranicza swą obecność jedynie do refrenu i często dodaje uroku utworom. Jedynym jednoznacznie nieudanym gościnnym występem jest tak naprawdę wspomniany już Akon. Do gości, których chwaliłem można jeszcze z pewnością dodać Snoop Dogga, niewątpliwie ubarwiającego jeden z lepszych utworów na płycie czyli Steal Your Mind i przypominającego słuchaczom, że jednak najlepiej brzmi na bitach hiphopowych. Pimp C w owym tracku specjalnie nie błyszczy, ale wszystko rekompensuje nam Bun B z punchline’ami w stylu You want to meet a star, baby don’t look in the sky/ there’s 3 right in front of you – me, myself and I. Gość stały na płytach UGK – Too Short – nie stanowi specjalnego atrybutu, jednak prezentując nam charakterystyczną dla siebie zwrotkę, pozostaje gdzieś w tle i na szczęście utworu nie psuje. Specjalnej uwagi nie zwraca na siebie również Big Gipp, którego zwrotka z Purse Comes First przy pierwszym przesłuchaniu gdzieś mi po prostu umknęła. Do występującego w Harry Asshole Lil Boosiego mam słabość, więc jego występ jest w moim odczuciu jak najbardziej pożądany, jednak zapraszanie Webbiego mógł sobie Bun B spokojnie podarować. Ciekawą kolaboracją jest natomiast Used to Be. Oprócz gości z Zachodu (B-Legit, E-40) pojawili się w tym numerze legendarni 8Ball & MJG z najlepszą zwrotką tego ostatniego, a całość, mimo że nie powala, ma ręce i nogi, choć refren Pimp C zaczyna po pewnym czasie trochę męczyć.
Cóż można napisać więcej? Niewiele, gdyż 4 Life to płyta spójna, dobra i broni się sama. Problemem UGK jest fakt, że ich poprzednie wydawnictwo ocierało się o geniusz i ciężko byłoby to przebić, nawet gdyby Pimp C był aktywnym członkiem składu podczas nagrywania materiału. Z drugiej strony nie mam wątpliwości, że w takim przypadku mogło to być wydawnictwo lepsze. Mamy jednak do czynienia z albumem ciekawym, a jeśli weźmiemy po uwagę fakt śmierci Chada Butlera, ocena może tylko rosnąć, gdyż złożenie albumu pośmiertnego nie należy do najłatwiejszych zadań. 4 Life zamyka godnie owocną historię, jaką stworzyli Bun B i Pimp C i przewrotnie mam nadzieje, że kolejne wydawnictwa duetu już się nie pojawią, gdyż wtedy wspomniana w pierwszym akapicie skaza, mogłaby się na dyskografii UGK pojawić.
Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris
3 Comments
Comments are closed.