
Regułą jest, że gdy jakiś raper nagrywa płytę, osiąga sukces i zaczyna zarabiać miliony dolarów, prędzej czy później wydaje album razem ze swoim składem, z którego się wywodzi. Nagrania tego typu są bardzo często artystyczną i/lub komercyjną porażką. Na potwierdzenie moich słów można przywołać chociażby T.I. i jego ekipę P$C. Podczas gdy lider sprzedaje miliony, skład nie był w stanie zainteresować produkcją nawet 200 tysięcy odbiorców.
Podobnie sytuacja wygląda z DTP Ludacrisa, bo
choć odzew był większy, tak zawartość wątpliwa. G-Unit sprzedało
miliony, ale płyta nie była w stanie zainteresować bardziej wymagającej
publiczności i okazała się tylko środkiem do zarobienia jeszcze
większych pieniędzy. Przykłady tego typu wydawnictw można mnożyć w
nieskończoność. Z ostatnich takich produkcji trzeba zwrócić uwagę na
płyty podopiecznych B.G. i Slim Thuga – kolejno Chopper City Boyz i Boss
Hogg Outlawz. Krążki niezłe, ale sprzedaż gorzej niż fatalna. Ciężko
więc powiedzieć dokładnie, co kieruje wykonawcami w tego typu
posunięciach. Być może jest to wynik czystej przyjaźni i lojalności,
choć w wielu przypadkach stwierdzenie takie wydaje się być postawionym
na wyrost. Jakby nie było, większość słuchaczy rapu wolałoby dostać
kolejną solową produkcję lidera, zamiast mniej lub bardziej udanych
wypocin jego znajomych. W tym przypadku sytuacja wygląda podobnie –
Young Jeezy wydał drugi bardzo dobry krążek i przyszedł czas, by
zarobili również jego znajomi czyli Slick Pulla i Blood Raw, z którymi
Snowman stworzył skład o nazwie United Streets Dopeboyz of America
(U.S.D.A.).
Young Jeezy’ego raczej nie trzeba przedstawiać – uznanie i sympatię
publiczności zdobył m. in. charakterystycznymi, powtarzanymi do upojenia
zwrotami typu „Yeeeeah” czy „Thaaat’s Riiight” i błyskotliwymi
punchline’ami, które rekompensują Snowmanowi braki w sztuce
rymotwórstwa. Raper z Atlanty jednak, jak nikt inny, potrafi dodać
polotu nawet najprostszym sformułowaniom i rymom. Posiada również
niezaprzeczalny talent do tworzenia hitów (chociażby „Soul Survivor” czy
„Go Getta”), co zaowocowało dobrą sprzedażą jego obu solowych krążków.
Tym razem płytę musi dzielić z kolegami, usuwa się w cień i tak naprawdę
traci wiele ze swojego polotu, do którego nas przyzwyczaił. Choć albumu
podświadomie słucha się od jednej zwrotki Jeezy’ego do następnej, to
lider gubi się gdzieś pośród wersów kolegów, nie błyszczy tak jak w
solowych utworach, co nie znaczy bynajmniej, że kompani przyćmiewają
jego talent. Może to poprzeczka była postawiona zbyt nisko?
Blood Raw i Slick Pulla lirycznie i wokalnie sprawiają wrażenie marnych
podróbek Jeezy’ego. O ile pierwszy z raperów ma charakterystyczne flow,
przywodzące na myśl Smoke’a z Field Mob i gdy już przyzwyczaimy się do
niego, to zaczyna się nawet podobać, tak Slick P jest MC neutralnym aż
do przesady. Głos ma nijaki, flow u niego brak, teksty są marne –
prowadzi to do tego, że po kilkakrotnym przesłuchaniu płyty nie byłem w
stanie przytoczyć żadnego, choćby małego fragmentu, zarymowanego przez
tego członka zespołu. Blood Raw tekściarzem jest równie słabym, ale
słucha się go całkiem przyjemnie, potrafi dodać uroku i przebojowości
refrenom jak chociażby w bangerze pt. „Check”. Do spółki raperzy tworzą
mieszankę strawną, ale ich poczynania cały czas zmuszają do postawieniu
pytania: czemu U.S.D.A. a nie Jeezy vol. 3?
Wspomniałem o marnych tekstach i nie był to przypadek. Momentami są
wręcz tragiczne i graniczące z absurdem. Jeezy czasami ratuje ten aspekt
płyty, ale jak już pisałem, jest w zdecydowanie słabszej formie niż
chociażby na „The Inspiration”. Niech za przykład służy singlowy kawałek
pt. „White Girl”. Tytułowe określenie nie odnosi się bynajmniej do
białych dziewczyn i powstawały już udane utwory autorstwa E-40 czy
Cam’rona, w ten metaforyczno-żartobliwy sposób opiewające jeden z
narkotyków. Tutaj narracja jest kompletnie pozbawiona polotu i tak
naprawdę nie wiadomo, o co raperom chodzi nie tylko w utworze, ale i w
życiu. By nie rzucać słów na wiatr, przedstawiam fragment zwrotki
Jeezy’ego:
„Fresh white tee in my all white Caddy.
Yeah she your girl but she call me daddy.
Smokin nothin’ but the best, you can call this Cali,
Half a brick on the seat, you can call that Sally.”
Nie jest to imponująca realizacja tematu. Z każdą chwilą jest jeszcze
gorzej. Slick oznajmia nam, że jego „spot” jest „open like the 24”, a
Raw próbuje zrymować wyrażenia „white thang” i „same thang”, co daje
efekt dość komiczny. Jeśli chodzi o tematykę, odnajdujemy na „Cold
Summer” dokładnie to, czego można się było spodziewać. Dowiadujemy się
więc, że raperzy są bardzo bogaci, lecz wciąż prawdziwi, że hejterzy nie
dają im spokoju, że są dumni z tego co osiągnęli i w ogóle „przyjdź tu
dziewczynko, będę rzucał kasą”. Tematyka nie jest w tym przypadku wadą
płyty, bo każdy dokładnie tego się spodziewał, jest nią natomiast
realizacja techniczna tych opowieści.
Mimo braku potencjału i licznych wad i niedociągnięć, płyty słucha się
przyjemnie. Nie jest to paradoks, lecz zasługa produkcji wykorzystanych
na „Cold Summer”. Jeezy jak zwykle wiedział, jakie podkłady wybrać i jak
nagrać utwory, które na stałe zagoszczą w klubach ze striptizem. Pod
względem muzycznym bardzo dobra jest zwłaszcza pierwsza część płyty,
kiedy to atakują nas liczne bangery, z którymi raperzy radzą sobie
całkiem nieźle. Płytę rozpoczyna „Focus” produkcji The Black Mob.
Kawałek ten od początku ustala zasady i pokazuje, czego możemy się
spodziewać w dalszej części płyty. Syntetyczny joint „White Girl”
autorstwa Drumma Boy, mimo opisanych przeze mnie braków w sferze
lirycznej, buja bardzo dobrze i potwierdza potencjał producenta.
Podobnie sprawa wygląda z utworami „Throw This Money” i moim zdaniem
najlepszym kawałkiem na płycie, zatytułowanym „Check”. Syntetyczne
brzmienia mieszają się z cykaczem, całość okraszona jest chwytliwym
refrenem i tak naprawdę można z przyjemnością przejść przez te piosenki,
nie zwracając uwagi na aspekt liryczny czy wymuszony flow Slicka.
Pierwszą (lepszą) część płyty kończy spokojniejszy już utwór „Pam” z
klimatycznym podkładem i formułą kawałka odbiegającą trochę od reszty
płyty. O ile dobre produkcje potrafiły wyciągnąć raperów, tak MC’s nie
potrafią wyciągnąć tych słabych i zupełnie je pogrążają. Tak właśnie
wygląda sytuacja w zupełnie beznadziejnym utworze „Quickie”, czy
kolejnych próbach bangerów, już nie tak dobrych, wtórnych i nudnawych
(„What It Is”). W kawałku zatytułowanym „Live My Life”, odnajdujemy
przyjemną gitarkę i niezły refren, ale całość pozbawiona jest większego
polotu i nie porywa tak jak powinna. Mimo wszystko muszę stwierdzić, że
muzycznie na „Cold Summer” jest nieźle i jeśli ktoś potrafi zachować
spokój podczas słuchania dziesiątek pseudopunchline’ów, to mogę mu tę
płytę polecić.
Ważną częścią krążka, która zasługuje na osobny akapit, jest jeden
konkretny utwór – remix singla z płyty „The Inspiration” zatytułowanego
„Go Getta” z gościnnym udziałem R. Kelly’ego, Jadakissa i Bun B.
Naprawdę nie potrafię zrozumieć motywacji, która kierowała Jeezym
podczas nagrywania tego kawałka. Oryginalna wersja „Go Getta” jest
utworem fenomenalnym, zasługującym niemalże na miano klasyku. Remix
zostawia po sobie tylko rozgoryczenie. Oczywiście gdybym usłyszał wersję
z płyty „Cold Summer” nie znając oryginału, przypuszczalnie
rozpisywałbym się w tej chwili o tym, jak świetny jest ten utwór. Ten
sam refren R. Kelly’ego plus dobre, gościnne zwrotki Bun B i Jadakissa
na pewno mogą robić wrażenie. Problemem jest natomiast podkład, który
również skomponowali The Runners. W porównaniu z oryginałem wydaje się
uproszczony, wymuszony i pozbawiony polotu. Choć jest to przypuszczalnie
jeden z lepszych utworów na płycie, to pozostawia niesmak i odczucie
zawiedzenia.
Jeezy zapowiadał, że „Cold Summer” będzie klasykiem, że będzie grane
wciąż za 10 lat. Pomylił się ogromnie. Jest to płyta, którą można
przesłuchać najwyżej kilka razy, by potem najlepsze utwory wrzucić na
składankę i zapomnieć o całym albumie. Nasłuchałem się i wątpię bym
szybko wrócił do całości. Za 10 lat nikt o tej płycie nie będzie już
pamiętał, a ja tymczasem mogę ją polecić fanom południa, Jeezy’ego, lub
po prostu osobom, które oczekują od muzyki przebojowości. Znajdą ją, ale
tak naprawdę nic poza tym.
Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris
1 Comment
Comments are closed.