WC – Revenge of the Barracuda
Recenzje

WC – Revenge of the Barracuda

WC - Revenge of the Barracuda
WC – Revenge of the Barracuda

Mamy już marzec i choć czas podsumowań 2010 roku dawno przeminął, z perspektywy kilkudziesięciu dni można śmiało powiedzieć, że był to jeden z gorszych okresów w historii muzyki rap (o R&B nie wspominając). Dobrych wydawnictw pojawiło się naprawdę niewiele. Generalnie, od dwóch, trzech lat, niemalże z miesiąca na miesiąc w amerykańskim mainstreamowym rapie podobało mi się coraz mniej. Zacząłem się zastanawiać, czy to muzyka schodzi na psy, czy moje wymagania wzrosły wraz z wiekiem. To drugie jest na pewno w jakimś stopniu prawdą, jednak 2011 pokazuje, że pozostało jeszcze miejsce dla rapu na wysokim poziomie. Mówcie, co chcecie, ale ja jestem nastawiony bardzo entuzjastycznie do tego, co jak dotychczas zaprezentowała nam nowa dekada. Layzie Bone zdążył już wypuścić 3 (słownie: trzy!) całkiem niezłe płyty, po wielu latach oczekiwania swoje albumy wydali wreszcie Saigon i Lupe Fiasco (jeśli wierzyć w prawo serii, to premiera „Detoxu†jest realna jak nigdy), otrzymaliśmy porządną dawkę przebangierzonych singli (w tym chociażby „Welcome To My Hood†, czy „Boom†), a jeszcze w tym miesiącu trafią do sklepów świetnie zapowiadające się wydawnictwa od Snoopa, E-40 i Wiz Khalify. Co jednak najważniejsze – rok 2011 zdążył nam już przynieść krążek, który swoim poziomem przebił większość tego, co pojawiło się na rynku w minionych 12 miesiącach. Mowa o płycie pt. „Revenge of the Barracuda†autorstwa WC.

Pamiętacie, jak w zeszłym roku Ice Cube miał przywrócić brzmienie z Zachodniego Wybrzeża, rozgrzewając do czerwoności oczekiwania fanów singlem „I Rep That West†? Nic z tego nie wyszło i to w dodatku do tego stopnia, że w wielu podsumowaniach album weterana z LA  został uznany za największą porażkę minionych 12 miesięcy. Trochę niesprawiedliwie, bo dużo bardziej wolę słuchać „She Couldn’t Make It on Her Own” na minimalu od Bangladesha, niż natchnionych tracków Kanye Westa łączącego 57 sampli na minutę, ale pewne jest jedno – oczekiwań to Ice Cube nie spełnił. Czarnym (czy tam afroamerykańskim) koniem zachodu okazał się WC. Zaszokował mnie trochę fakt, że część moich znajomych ogarniających rapsy całkiem nieźle, nie ma w ogóle pojęcia, kim jest ten pan, posiadający co prawda dość niewdzięczną ksywkę (WC – west coast – get it?). Masowa publiczność być może więc nawet przegapiła premierę „Revenge of the Barracuda†. Ja, zachęcony singlami, oczekiwania miałem ogromne. Tym bardziej dziwię się, że autorowi płyty udało się je spełnić.

WC to bez dwóch zdań raper kompletny. Posiadacz świetnego głosu, giętkiego flow (czy ktoś jeszcze uważa, że bardzo podobnego do Tech N9ne’a?) i tekstów na całkiem wysokim poziomie. Dub C może nie sypie podwójnymi jak z rękawa, ale daje nam coś więcej niż wszechobecne konstrukcje typu hot/not, shower/power, czy B.I.G./V.I.P. Co do samego wykonania tekstów, autor płyty naprawdę nie pozwala nam się nudzić. Nawija nisko, wyraźnie i z reguły dość szybko, w każdym tracku znajdzie jednak jakieś rozwiązanie wokalne, by brzmieć inaczej niż w poprzednim. O czym jest mowa na „Revenge of the Barracuda†? Trochę bragga, trochę gangsterki, kilka przemyconych spostrzeżeń dotyczących kondycji showbiznesu – generalnie to, czego można się było spodziewać. „Hood famous, I’m gettin’ paper, It won’t change, fuck haters†– to frazy wyjęte z refrenu numeru „Walkin’ in My Taylors”, świetnie podsumowujące tematykę całości. Mógłbym się poczepiać, pisząc, że WC jest monotematyczny, ale nie oszukujmy się – jak będę chciał głębokiego przesłania, to zamiast zapuszczać płytę gracza z gorącej Kalifornii, otworzę sobie tomik pieśni Sępa Szarzyńskiego. Podsumowując kwestię tekstów i ich wykonania – WC jest jednym z raperów (obok chociażby Chaliego 2ny, czy właśnie Tech N9ne’a) w przypadku których, nie słucham za bardzo, o czym nawijają – słucham, w jaki sposób.

Mocne uderzenie zapewnia nam już pierwszy na płycie, tytułowy track „Revenge of the Barracuda” – dwuzwrotkowy, pełniący raczej funkcję rozbudowanego intra. Bywały już płyty, w których takie intro okazywało się najmocniejszym elementem całości, tutaj jest to dopiero przedsmak potężnych armat, które wytoczył członek Westside Connection. Do największych bangerów należą z pewnością single – znany już od wielu miesięcy „That’s What I’m Talking About” i przede wszystkim „You Know Me”, w którym gościnnie pojawiają się Maylay (toż to CJ z GTA San Andreas! Dziękuję Ci Wikipedio) i Ice Cube. Utwór ten jest przepełnionym pozytywnym vibem, westcoastowym bangerem, który przypomina publiczności na całym świecie, za co kochaliśmy kiedyś rap z LA. Propsy należą się w szczególności Maylayowi, który zapodaje rewelacyjną zwrotkę i wraz z autorem płyty sprawia, że nawet sam Ice Cube wypada tutaj blado. „Reality Show” kontynuuje dobrą passę i na przekór dążeniom komercyjnym (jakby w zgodzie z tematyką kawałka) zawiera jedną długą zwrotkę, okraszoną refrenem jedynie na początku i na końcu. W tym momencie wielkie propsy dla Hallway Productionz, którzy wyprodukowali wszystkie wymienione dotychczas w tym akapicie tracki. „100% Legit” to kolejny banger, któremu niekwestionowanego uroku dodaje wysamplowany w refrenie Eazy-E. Rozwiązania wokalne ze strony WC z początku trochę denerwują, ale po odpowiednim wsłuchaniu się, doceniamy kunszt autora płyty. Zresztą – sam podkład i refren wystarczą, by jarać się przez dłuższy czas. „Hustla” natomiast to nadspodziewanie dobra kolaboracja na linii West Coast/Dirty South. Juvenile jest niestety autorem jednej z najgorszych płyt 2010 roku i miło usłyszeć go ponownie w dobrej formie. Całości dopełnia zamykający album utwór pt. „Dub C”.  Autor płyty nawija swoje agresywne zwrotki na patetycznym podkładzie i osiąga swój cel – od teraz już nikt nie będzie miał wątpliwości, jak jego ksywkę wymawiać.

Gdy chcę w skrócie ocenić wartość płyty „Revenge of the Barracuda†, mówię, że jeśli chodzi o wady, to są na niej jedynie dwa słabe refreny. Mowa oczywiście o numerach „D Boy” (wyjęczane „Deeeee Boooooy†obraża mój zmysł słuchu) oraz „The Spot” („hey motherfucka, hey motherfucka, heeey†to już nie prostota – to prostactwo). O ile jednak pierwszy z tracków to chyba faktycznie najsłabszy element płyty, tak drugi buja konkretnie. Kwestię monotematyczności tekstów już sobie natomiast wyjaśniliśmy. Jeśli miałbym bardzo się czepiać, powiedziałbym jeszcze, że małą wadą płyty jest zawarcie na niej numerów znanych z wydanej kilka miesięcy temu EPki pt. „That’s What I’m Talkin’ Bout”. WC jest w świetnej formie i mógł nas uraczyć zupełnie nowym materiałem. Z drugiej strony jednak – „That’s What I’m Talking About” to singiel i przebangier, a pozostałe 2 tracki, o ile na EPce tworzyły wrażenie wrzuconych bez pomysłu, tak tutaj zdecydowanie ubarwiają całość.

Tytułem podsumowania stwierdzić można jedno – WC dokonał tego, czego nie udało się w zeszłym roku Ice Cube’owi – przywrócił brzmienie z Zachodniego Wybrzeża, przypomniał wszystkim, że buja, że można je pokochać i że West Coast to coś więcej, niż Game i jego „shout-outy†do wszystkiego, co się rusza. „Revenge of the Barracuda†to album spójny, świetnie wyprodukowany i jeszcze lepiej nawinięty (bądź odwrotnie – nie mogę się zdecydować) i, co najważniejsze, od początku do końca okraszony zachodnim vibem. Krążek wciąga do tego stopnia, że jednego razu podczas jazdy autobusem, tak się zasłuchałem, że przegapiłem swój przystanek docelowy (true story). Czy WC rozpoczął dobrą passę dla rapu z LA? Przekonamy się już 29 marca wraz z premierą „Doggumentary†.

12 Comments

  • Anonim 21 lipca 2011

    wie ktoś może co oznacza nazwa płyty Revenge of the Barracuda

  • supiedz 9 lipca 2011

    @wadedd
    ty pierdolony smieciu

  • luchini 16 maja 2011

    płyta jest mistrzowska, nie zgadzam sie tylko z jedną rzeczą: I am the west było kurwa dobre!! :D

  • warren213 24 marca 2011

    2010 przyniosl od huja dobrych plyt! niezgodze sie z autorem ze to byl slaby rok dla rapu z Californi! kilka pozycji ktore na dlugo sapisza sie w pamieci milosnikow rapu z Zachodniego wybrzeza: Black-C – 70’s baby, Stevie Joe – 80’s baby, Mr. Criminal – Death before disshonor, Mr. Capone-e – The Blue album, Ono Loco – 4th generation california d-boy, Lil Raider & Mac Reese – 24 pick up, Big Rihno – 4 ever ridin, 454 – As real as it gets, Gorillapits – the strret album i sporo by jeszcze tu wymieniac:) Kto slucha West Coastu wie o co chodzi! West Coast 4 life!

  • Czikii wąsz 24 marca 2011

    zamknij pysk jebany pedale. WC to raper który sie nie sprzedał, nie poszedł w komerche jak lil wayne.I nie ma tyle hajsu co on ale zachował wartości, a pizda Wayne kutasi.

  • wadedd 23 marca 2011

    ssijcie, w dupie byliscie gowno widzieliscie, angielskiego nie znacie i korzystacie z jakis translatorow i nie wiecie kurwa co oni maja do przekazania, wiec ssijcie patalachy jebane nie wyksztalcone ciecie. moze ktos chce sie zalozyc ktora plyta sie lepiej sprzeda ? ten syf kibla(wc) czy wezze’go? ktos chetny ? wayna mixtape’y sie lepiej sprzedaja , the game r.e.d. tez w chuj lepszy od tego gowna z kibla bedzie wiec zamknijcie mordy i idzcie spac. liczy sie kasa i sprzedane plyty. pozdrawiam ludzi ktorzy ogarniaja temat

  • youngmoney4life 22 marca 2011

    Lil wejn jest najlepszy, a WC to nie jest prawdziwy raper Tylko Young Money Tylko Latex Tylko Gówno. Jaranko Carter Iv ooo spuscilem sie 10 razy.

  • Anonim 21 marca 2011

    @wadedd chlopino to jest recenzja najlepszej plyty z west side a ty wudkakujesz z jakims marnym hujkiem lil gejem.fakt jego plyta bedzie niszczeniem ale hip hopu
    wiec spierdalaj ze swoimi wywodami
    west west yo

  • wadedd 21 marca 2011

    ja tam czekam na Tha Carter IV to bedzie niszczenie niesamowite. a co do zachodu, to Game’a Red moze byc kotem , a Snoop to juz chyba R&B….

  • Guru 20 marca 2011

    Płyta koks! Buja niemiłosiernie :) Oby tak dalej a Zachód przykryje wszystko :)

  • lis 18 marca 2011

    Pytanie do autora tekstu : zajebałeś płytę z internetu czy kupiłeś legal ?

  • Mustafa 17 marca 2011

    genialna płytka , jaram się jak skurwesyn !!!

Comments are closed.