Marzec 2011 to bez wątpienia najlepszy wydawniczo miesiąc od bardzo długiego czasu. Na początku moje wygórowane oczekiwania spełnił WC, potem solidną porcję bangerów dostarczył Travis Barker, a gdzieś w międzyczasie pozytywnie zaskoczyli Red Cafe i Baby Bash. Wszystko to jednak było tylko przedsmakiem 29 marca, kiedy to swoje nowe dzieła wydali Snoop Dogg, E-40 i Wiz Khalifa. Każda z tych premier była ważna na swój sposób. Snoop to weteran, którego płyty sprawdza się z definicji, a sam zainteresowany był ostatnio w świetnej formie, więc rozgrzał oczekiwania do czerwoności. E-40 jest legendą Bay Area i człowiekiem, którego ulubionym zajęciem jest nagrywanie bangerów. Wiz Khalifa natomiast to najbardziej hypowana osoba ostatnich miesięcy i debiutant w świecie mainstreamu. Można by się rozpisać z osobna na temat każdej z płyt. Stwierdziłem jednak, że to swoiste „trzy w jednym†doda moim rozważaniom dynamiki i choć trochę okiełzna ciągoty do rozpisywania się. Który z albumów zaskoczył, który zawiódł, a który spełnił oczekiwania? A może wymykają się one tym poręcznym recenzenckim szufladkom? Odpowiedź na te pytania znajdziecie poniżej.
1.      Panie słuchaczu, melduję wykonanie zadania!
Jak każdy szanujący się fan rapu mam nieskrywaną sympatię do postaci Snoop Dogga. Krążą plotki, że gdzieś na zachodniej Syberii żyje osoba otwarcie deklarująca się hejterem tego wykonawcy, ale naukowcy nigdy jeszcze tego nie potwierdzili. Mówiąc jednak serio – Snoop to kawał historii muzyki hiphopowej, żyjąca legenda Zachodniego Wybrzeża i koleś o takim sposobie bycia, że naprawdę trudno go nie lubić. Nie zmienia to jednak faktu, że ostatnią płytą tego rapera, którą jarałem się w całości jest „Paid tha Cost to Be da Boss†z 2002 roku. Potem z jego twórczością było jakoś trochę gorzej, a takiego „Ego Trippin’†nigdy chyba nie przesłuchałem do końca. Jarałem się oczywiście zabawą konwencjami w takich numerach jak „Sexual Eruption”, czy teledyskiem do „Gangsta Luv†z płyty późniejszej. Snoop jednak na dłuższą chwilę zagubił się gdzieś między chęcią szokowania, sprzedawania dużej ilości płyt i zadowalania zagorzałych fanów. Pojedyncze utwory były więc spoko, całe płyty stawały się jednak ciężkostrawnymi hybrydami.
Snoop Dogg ofensywę wydawniczą rozpoczął na początku tego roku. Niemalże co tydzień dostawaliśmy od niego nowe kawałki, które zamknął potem w mixtape pt. „Puff Puff Pass Tuesdays Mixtape Vol. 1†. Co ciekawe, niemal każdy wypuszczany przez Snoopa numer prezentował wysoki poziom i tym większe były oczekiwania co do „Doggumentary†. Ja sam przekonany byłem, że raper z LA jest w zbyt dobrej formie, żeby ich nie spełnić. Z dumą stwierdzam, że miałem rację.
„Doggumentary†to płyta może nie wybitna, ale na pewno świetna – otrzymujemy ogromną dawkę przyjemnych, bujających brzmień, okraszonych niepowtarzalnym wokalem i unikalną osobowością Snoopa. W lekką konsternację wprawiają mnie więc recenzje na amerykańskich portalach. 2.5/5 na Hiphopdx? – nad gustami oczywiście się nie dyskutuje, ale to już lekka przesada. Owych recenzji nie czytałem, bo nie lubię się sugerować przed napisaniem swojej, ale jedyny poważny zarzut, jaki jestem sobie w stanie wyobrazić, to sposób nawijania Snoopa, który tak naprawdę nie zmienił się od prawie dwudziestu lat. Nie oszukujmy się jednak – oczekiwać od tego gościa przesłania, kombinowanego flow i skomplikowanych rymów, to jak liczyć, że Jaruś K. będzie za legalizacją związków homoseksualnych. Snoop od dwóch dekad nawija tak samo i o tym samym, a nas zachwyca to z definicji niczym przestrzeń w utworach Brunona Schulza. No dobra, zapytacie, jak to jest, że za dokładnie to samo hejtuję świętej pamięci Guru? Zwalcie to, truskule, na moją bananową hipokryzję.
Snoop Dogg na „Doggumentary†jest rzeczywiście przewidywalny. Jedyna innowacja jaką usłyszałem, to próby szybszego nawijania w „Platinum†. Jeśli chodzi o rymy, to jest artysta jak zwykle poprawny. Czasem wywołuje uśmiech politowania, prezentując konstrukcje typu „perfect stalker/ body like miss Parker/ maybe a little darker†, ale w zdecydowanej większości słucha się go przyjemnie. Po wesołym intrze z obowiązkowym Bootsy Collinsem, Snoop zaczyna dość poważnie, prezentując nam bragga, czy to bardziej retrospektywno-uliczne („The Way Life Used to Be”), czy współczesno-sentymentalne („My Own Way”). Potem już z reguły G-funk przeplata się z nadspodziewanie dużą ilością nowoczesnych bangerów. Jeśli chodzi o pierwszą kategorię, to zgodzę się, że wszystko już słyszeliśmy, ale czy można odmówić piękna takim numerom jak „Wonder What It Do†czy „Peer Pressure”? Co do brzmień nowocześniejszych – „Boom†to najlepszy jak na razie club-banger tego roku, „Platinum†cieszy powrotem R. Kelly’ego do nawijania na dynamicznych podkładach, a „My F**kin’ House” może przy dobrym nagłośnieniu spokojnie wybijać szyby z okien. Dodatkowo stwierdzić muszę, że po odpowiednim osłuchaniu spodobał mi się nawet pierwotnie mocno przeze mnie hejtowany numer pt. „Wet†.
Miało być krótko (ta, jasne… ktoś faktycznie uwierzył?), więc zbliżając się już do końca, parę jeszcze słów o ewidentnych, choć niespecjalnie obniżających ogólną ocenę wadach. Po pierwsze – zabrakło Snoopowi mocnej ręki do selekcji materiału. Rozumiem, że był w dobrej formie i chciał zaprezentować jak największą ilość utworów. Dużą część z nich znaliśmy jednak już wcześniej i to nie za sprawą złośliwych hakerów, a samego Snoopa, który umieścił je na „Puff Puff Pass Tuesdays Mixtape Vol. 1†. „Doggumentary†można było spokojnie skrócić o 3-4 utwory, co dodałoby płycie większej dynamiki i spójności. Wada numer dwa to układ tracklisty. Poza opisanym początkiem, kiedy to numery „The Way Life Used to Be” i „My Own Way” świetnie się uzupełniają, utwory sprawiają wrażenie wrzuconych na chybił-trafił. Wystarczyłoby przecież tracki G-funkowe zebrać obok siebie, „My F**kin’ House” umieścić w okolicach „Boom†, „Platinum†i „Wet†, a produkcje znane wcześniej wyrzucić gdzieś na koniec płyty. Niby drobnostka, a jestem przekonany, że całość wydawałaby się nieporównywalnie lepsza.
Snoop spełnił moje oczekiwania. Słuchałem „Doggumentary†i zastanawiałem się, czy jakakolwiek jeszcze płyta pierwszego kwartału 2011 roku będzie w stanie przebić to pozytywne wrażenie. Wtedy zapuściłem nowe albumy pewnego wykonawcy z Bay Area…
2.      Indeed, your shit bang!
E-40, bo o nim mowa, podobnie jak w zeszłym roku, wydał dwie płyty tego samego dnia. „Revenue Retrievin’: Overtime Shift†i „Revenue Retrievin’: Graveyard Shift†pojawiły się w sklepach w ten sam dzień co „Doggumenatry†, czyli 29 marca. Nazwy i okładki wskazywałyby podział na brzmienia lżejsze na pierwszym z albumów i mroczniejsze na drugim. Nic z tych rzeczy. „Overtime Shift†jest chyba nawet tym sroższym tegorocznym dziełem E-40. Nie ma jednak sensu kombinować i dzielić – trzeba zapoznać się z każdą z płyt i nowe wydawnictwa potraktować jako całość.
40 Water przed premierą reklamował opisywane albumy, mówiąc, że są kreatywne, oryginalne, kładł nacisk na swoją niezależność, wartość liryczną tekstów i bujające bity. To oczywiste, że każdy będzie swoje dzieło wychwalał, w tym przypadku jednak wszystko jest zgodne z prawdą. Owa niezależność na pewno wyszła raperowi na dobre. E-40 nawija, co chce i robi to zwykle na dynamicznych, minimalistycznych, nowoczesnych bitach. Sam odcina się trochę od hyphy mówiąc: “uptempo beats have been around since the beginning of hip-hop. So every time you hear an uptempo beat, don’t think hyphy. What you’re hearing is some real street shit†(http://www.sohh.com/2011/03/revenue_retrievin_overtimegraveyard_shif.html). Faktycznie, niektóre z podkładów ciężko jednoznacznie skwalifikować, ale pewne jest jedno – nowe albumy legendy Bay Area to jeden wielki (raczej street- niż club-) banger. Hyphy w czystej postaci jest oczywiście słyszalne – w takich chociażby trackach jak: „Barbarian”, „I Am Your” i najbardziej chyba w „Beastin'”. Kilka razy raczy nas E-40 jakimiś spokojniejszymi brzmieniami. Czasem jest to bardzo udane („Serious” z T-Painem na podkładzie tegoż), czasem umiarkowanie zadowalające („Born In The Struggle”), a czasem słodkie do porzygania („I Love my Momma”). W ostatnim z numerów zresztą E-40 tekstowo zdecydowanie przekracza granicę kiczu, patetycznie stwierdzając, że mama nosiła go w brzuchu przez 9 miesięcy. Naprawdę? Dodajmy do tego wyjęczany refren (dżizys krajst – trochę szacunku dla moich uszu!) i otrzymujemy jeden z najgorszych numerów w karierze rapera z Bay. Co jednak ciekawsze – jedyny zdecydowanie słaby numer spośród 40 zamieszczonych na nowych płytach.
To teraz zrehabilitujmy E-40 jako tekściarza. Jest on bez wątpienia jednym z najlepszych obecnie nawijaczy (tak, tak, truskule). Na przestrzeni 40 utworów naprawdę nie pozwala nam się nudzić, ma dużo do powiedzenia i w żadnym wypadku nie można stwierdzić, że nawija non stop o tym samym. Procentowo prawdopodobnie dominują przechwałki, ale obcując z nowymi płytami E-40 ma się wrażenie, że zostały nagrane nie tylko po to, by raper mógł zarobić parę dolarów i zaliczyć kolejnych kilka kobiet, ale głównie dlatego, że 40 Water ma dużo ciekawych spostrzeżeń i pomysłów, którymi chce się z szerszą publiką podzielić. Podwójnymi to on nie rzuca, ale rymuje ze sobą słowa w sposób bynajmniej nietuzinkowy. Całość ubarwia licznymi metaforami i innymi środkami stylistycznymi. Pierwszy lepszy raper z Bay nawinąłby: „yo, there are killaz in my hood†, E-40 mówi natomiast: „every city got killers, everybody got hood M.V.P.†. Proste, ale robi wrażenie. Jeśli chodzi o samą tematykę, to jest naprawdę różnorodnie. Z „Me & My Bitch” dowiadujemy się, że raper tak często kłóci się ze swoją kobietą, że sąsiedzi już do tego przywykli, policja nawet nie przyjeżdża, a po każdej kłótni para wynagradza sobie wszystko dobrym seksem. „Born In The Struggle” zawiera trochę całkiem ciekawych obserwacji natury społecznej, a „Fuck Em'” to podkreślenie własnych zasług i hymn na cześć niezależności („oh yeah, just to let you suckers know/ I ain’t rappin’ too fast, y’all just listen too slow†). „Tired of Sellin Yola” to natomiast ciekawy story-telling z przesłaniem, będący nawiniętą ku przestrodze historią pewnego dilera. Pisać można by dużo, ale z pewnością lepiej posłuchać.
Niepowtarzalne flow, dobre i ciekawe teksty, mocne, bujające bity – czego więcej oczekiwać od płyty hiphopowej? No, może jeszcze gości, którzy urozmaicą nam obcowanie z całością. Na nowych albumach E-40 jak zwykle pojawia się sporo reprezentantów Bay Area, a o dużej części z nich nic nie wie nawet Wikipedia. Są jednak postacie znane – Bun B i Slim Thug (w megawtórnym „That Candy Paint”), Devin the Dude, wspomniany T-Pain i – uwaga, uwaga – Tech N9ne. To właśnie ten pan odpowiada za najlepszą kolaborację i najbardziej wyrazisty track zawarty na nowych płytach z cyklu „Revenue Retrievin’†. Bas wgniata w ziemię, a raperzy urządzają nam prawdziwą bangerową ucztę.
Nowe albumy E-40 traktuję jako rewelacyjną całość, więc nie będę rozważał w tym momencie, która część buja bardziej/ jest lepsza. Pewne jest jedno – po wysłuchaniu płyt „Revenue Retrievin’: Overtime Shift†i „Revenue Retrievin’: Graveyard Shift†miałem świadomość, że przez długie miesiące nikt nie dostarczy mi tak dużej dawki bangerów na wysokim poziomie. A może byli tacy, co myśleli, że zrobi to Wiz Khalifa?
3.      Czy ktoś tu liczył na bangery?
Jeśli tak – srogo się zawiedzie. Zacznijmy jednak od początku. Wiz Khalifa to młodszy ode mnie (fuck!), dwudziestotrzyletni raper z Pittsburgha (od kiedy tam ktoś nagrywa?), który ma na swoim koncie dwie płyty wydane niezależnie. Nie dajcie się więc zwieść – jest on debiutantem co najwyżej w świecie mainstreamu. Dla mnie Wiz Khalifa był zawsze synonimem ogromnego nudziarza bez potencjału komercyjnego. „Black and Yellow” jednak to numer bardzo chwytliwy, a „On My Level” pokazał, że młody raper ma bananową duszę. Na duży procentowo udział bangerów w playliście „Rolling Papers†specjalnie nie liczyłem; przez moment jednak uległem wrażeniu, że Wiz Khalifa może zrobić coś więcej niż niezbyt interesujące pitu pitu. I tutaj faktycznie się zawiodłem.
Na „Rolling Papers†wieje nudą, że aż strach. „On My Level†to co prawda całkiem ciekawy track, będący apoteozą mocno zakrapianych (i wdychanych w płuca) imprez, a „Black and Yellow†faktycznie się raperowi udał z punktu widzenia komercyjnego. Jeśli jednak wsłuchamy się w tekst, okaże się, że wcale nie jest to hymn dla rodzinnego miasta, tylko track przepełniony niespecjalnie wymyślnym bragga. Taki sposób nawijania obecny jest na CAŁYM albumie. Wiz (według tego co mówi) jest młody, utalentowany, bogaty, ma dużo biżuterii, rzuca pieniędzmi, imprezuje noc i dzień, hejterzy są zazdrośni, byłe dziewczyny dzwonią, zapach marihuany unosi się w powietrzu, drinki są przygotowane, jointy skręcone itd. Można więc powiedzieć, że raper na „Rolling Papers†daje wyraz radości młodego człowieka, który zarobił dużo pieniędzy i stoi u progu jeszcze większej kariery. Jest to zrozumiałe, a byłbym już totalnym hipokrytą, gdybym skrytykował wykonawcę za monotematyczność. To, co mnie bardziej zastanawia, to fakt, że choć tematycznie opisywana płyta jest wesoła, prawie każdy numer nawinięty został tak smutno, jakby Wiz Khalifa mówił o tym, że właśnie stracił w wypadku najbliższą rodzinę. Serio – gdybym nie wsłuchał się w teksty, pomyślałbym, że reprezentant Pittsburgha to kolejny smutas pokroju Kid Cudiego.
Na portalu Rapreviews.com warstwa liryczna płyty „Rolling Papers†oceniona została na cztery w dziesięciostopniowej skali. Na tej samej stronie Gucci Mane za „The Return of Mr. Zone 6.” dostał 6 na 10. Na miejscu Wiz Khalify chyba bym się rozpłakał. Ja sam nie mam jakichś wielkich zarzutów, co do tematyki, czy rymów (choć wiadomo – nie powalają), chodzi mi bardziej o wykonanie – gdyby autor płyty się uśmiechnął i włożył w swoje teksty trochę emocji (może pomyślał nad jakimś flow?), efekt byłby nieporównywalnie lepszy. Dodajmy, że emocji nie ma również w warstwie produkcyjnej. Jedyny track (oprócz wymienionych wcześniej), który po kilku taktach wydawał się mieć potencjał, to „Top Floor†. Niestety – on również rozczarował.
Nie przekreślam całkowicie albumu „Rolling Papers†. Jest to płyta, którą można zapuścić sobie późnym wieczorem po ciężkim dniu w pracy, by sączyła się po cichu gdzieś w tle i niespecjalnie zwracała na siebie uwagę. Niestety jednak na tym jej potencjał się kończy. Wiz Khalifa nie stanął na wysokości zadania, a braki jego nowego dzieła widoczne są tym bardziej na tle płyt opisanych wcześniej.
Kilka godzin pracy i ponad 3 strony małą czcionką w Wordzie za nami, czas więc na błyskotliwe podsumowanie. Wojciech Mann powiedział nie tak dawno temu, że rzadko kiedy jest jakimiś wydawnictwami rozczarowany, bo żeby się rozczarować, trzeba na daną płytę czekać i mieć co do niej duże oczekiwania. Ja mam tę wadę, że łatwo daję się ponieść emocjom i nietrudno rozbudzić we mnie nadzieje na wysoki poziom krążka. Najlepszy dowód, to że dałem się nabrać na single Wiz Khalify. Bardziej zdumiewający jest jednak fakt, że pozostałe zrecenzowane płyty pozytywnie mnie zaskoczyły pomimo wygórowanych oczekiwań. Takich dni jak 29 marca 2011 życzę więc fanom hiphopu jak najwięcej.
(średnio błyskotliwe, ale ujdzie…)
8 Comments
Comments are closed.