Recenzje

Fabolous – From Nothin’ To Somethin’


Fabolous to dość nietypowy reprezentant Nowego Jorku, odkryty na początku nowego tysiąclecia przez Dj Clue, który na potrzeby wydania jego płyt stworzył nawet wytwórnię o nazwie Desert Storm. W 2001 roku wówczas dwudziestoczteroletni raper wydał swój debiutancki krążek zatytułowany „Ghetto Fabolous”, został pokochany przez publiczność i znienawidzony przez krytykę. Patent na sukces był prosty – łączymy elektroniczne podkłady, wyprodukowane przez czołówkę producentów z powolną, charakterystyczną, opartą na podwójnych rymach nawijką Fabolousa o pieniądzach i kobietach. Jako, że czasy były inne niż dzisiaj, wywołało to efekty, o których pisałem wcześniej. Co z tego jednak, że krytyka nie przyjęła Faba dobrze (przezywając go Fag), skoro debiut osiągnął platynę i otworzył raperowi drogę do sławy. Dwa lata później artysta powrócił z nowym albumem zatytułowanym „Street Dreams”, praktycznie nie zmieniając pomysłu na zarobienie pieniędzy. Gdy potencjał Faba został potwierdzony ponowną platyną, raper zdecydował się na nagranie czegoś dojrzalszego i poważniejszego. W roku 2004 otrzymaliśmy więc krążek pt. „Real Talk”. Doceniony wreszcie przez krytykę w umiarkowanym stopniu, nie osiągnął jednak sukcesu komercyjnego, pokrywając się jedynie złotem. Nie pomógł nawet singiel „Breathe”, który zrobił ogromną karierę w radiu i telewizji. Trzy lata później Fabolous powraca z nowym krążkiem, pierwszym wydanym przez Def Jam i ma wszystkim z pewnością wiele do udowodnienia. Czy sprostał wyzwaniu?

Podczas słuchania nowego dzieła Fabolousa miałem wrażenie, że miało to być poważne i dojrzałe zarówno muzycznie jak i lirycznie wydawnictwo. Moim zdaniem raperowi nie do końca udało się to zrealizować. Płytę otwiera „From Nothin’ To Somethin’ Intro”, w którym popisy liryczne Faba robią niezłe wrażenie. Dalej odnajdujemy kawałek zatytułowany „Yep I’m Back”, gdzie raper daje nam do zrozumienia, że wraca z pozycją pewnej siebie gwiazdy i nie ma nam nic do udowodnienia (co jest zaprzeczeniem mojej tezy postawionej we wstępie). Fabolous bawi się słowem, osiąga swój cel i choć kawałek na początku wydaje się być monotonny, to tak naprawdę słucha się go bardzo dobrze. Po tych utworach zaczynamy oczekiwać naprawdę porządnego dzieła, które będzie się stopniowo rozkręcać i prowadzić do punktu kulminacyjnego, gdzie powali nas na kolana. Jest to wrażenie mylne. W dalszej części odnajdujemy jeszcze 13, często niezbyt do siebie pasujących utworów, w większości powielających schemat znany z poprzednich płyt Faba. Schemat, który być może pojawił się nawet w wersji ulepszonej, nie pozwolił jednak stworzyć dzieła ponadczasowego. Nie wyklucza to jednak faktu, że płyty słucha się całkiem przyjemnie.

Odnajdujemy więc w dalszej części utwory, których dobrze mogliśmy się po Fabie spodziewać. Jest to mieszanka pseudogangsterskich opowieści z utworami dla panienek w wieku co najwyżej licealnym. Po pierwszych dwóch kawałkach atakuje nas kolaboracja z Akonem zatytułowana „Change Up”, w której odnajdujemy dobry podkład i świetny jak zwykle refren Senegalczyka. Problemem jest sam Fabolous, który kompletnie gubi się między partiami Akona, niezbyt przekonująco dowodząc nam prawdziwości tezy stawianej w refrenie („You know I ain’t change”). Utwór ten spokojnie mógłby nazywać się „Soul Survivor part 2”, co jest na pewno komplementem z punktu widzenia jego przebojowości, jednak świadczy o wtórności i braku pomysłów (tak naprawdę ciężko powiedzieć, kto bardziej zawinił – Akon czy Fab). Sam Fabolous nie rozwija w sposób ani nowatorski, ani imponujący tematu, wplatając co prawda charakterystyczne dla siebie teksty kreujące zajebistość jego osoby: „The can say that nothin’ change but my clothes, oh, I’m lyin’ – I do change up my hoes”. Wydaje mi się jednak, że na początku kariery spostrzeżenia Nowojorczyka były bardziej błyskotliwe.

Umiejętnością Fabolousa, której na pewno nie można mu odmówić, było od zawsze opowiadanie o perypetiach damsko-męskich. Podczas gdy obowiązkowy na każdej płycie kawałek dla panienek nużył u większości wykonawców, Fab tworzył przepełnione humorem hity, których słuchało się całkiem przyjemnie. Można tu przytoczyć chociażby takie tytuły jak „Right Now And Later On”, „Call Me” czy „Can’t Let You Go” z jego poprzednich płyt. Pewne więc było, że kawałki tego typu będą stanowiły dużą część nowego albumu. Tak też się stało i odnajdujemy na płycie przede wszystkim singlowy, genialny, wyprodukowany przez Timbalanda utwór „Make Me Better”. Gościnnie pojawia się w nim Ne-Yo i tym razem współpraca raper/piosenkarz układa się bardzo dobrze, wykonawcy uzupełniają się nawzajem, a jeśli dodać do tego jeszcze spokojny podkład Timbalanda, daje to do spółki świetny kawałek, który po kilkukrotnym przesłuchaniu można pokochać. To nie koniec tego typu kolaboracji. Odnajdujemy na płycie również utwór „Baby Don’t Go”, dla odmiany przebojowy, okraszony dynamicznym refrenem T-Paina, stanowiącym niewątpliwą ozdobę tej produkcji. Autorem kawałka jest w tym przypadku Jermaine Dupri, a sam podkład do złudzenia przypomina mi wspomniany wcześniej numer z płyty „Street Dreams”, zatytułowany „Call Me”. Sam Fabolous zaczyna nawijkę w typowy dla siebie sposób: „I’m better than your ex and I’m better than your next” i każdy, kto choć przez chwilę miał do czynienia z jego twórczością, dobrze wie, czego może się w dalszej części spodziewać. W identycznej, przywołującej czasy drugiego krążka Fabolousa konwencji, nagrany został utwór „First Time”, w którym z kolei pojawia się Rihanna. Po raz kolejny odnajdujemy tu romantyczno-żartobliwą nawijkę Faba i przyjemny dla ucha refren w stylu R&B. Nie wymieniłem wszystkich tego typu utworów i chociaż Fab radzi sobie z nimi dobrze, tak w pewnym momencie zaczynają już męczyć.

Na szczęście Fabolous potrafi również tworzyć hity dla ulicy. Odnajdujemy więc kilka lepszych lub gorszych bangerów, lecz proporcja między nimi a utworami zbliżonymi do R&B jest źle wyważona. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście singlowy „Diamonds” z gościnnym udziałem jak zwykle świetnego Young Jeezy’ego. Mamy tu do czynienia z czterominutowym przechwalaniem się obu raperów, wszystko odbywa się na dynamicznym, syntetycznym podkładzie, a w refrenie przypomniany został punchline „she liked my necklace so she started relaxin’/ now that’s what the fuck I call the chain reaction”. Wrażenie ogólne jest bardzo dobre. Moim zdaniem jednak najlepszym utworem na płycie jest kawałek „I’m the Man” z gościnnym udziałem Red Cafe, który pojawia się tylko w refrenie i daje to Fabolousowi możliwość rozwinięcia skrzydeł. Ten rzuca co chwilę charakterystycznymi dla siebie punchline’ami, a dynamiczny podkład, oparty na syntetycznych brzmieniach i pędzącym cykaczu, tylko dodaje uroku nawijce rapera. Nie zachwyca natomiast, przez wielu oczekiwana kolaboracja Faba z Pusha-T, sprawia wrażenie wymuszonej i mało pomysłowej. Nie jest to zły utwór, jednak spodziewałem się czegoś na dużo wyższym poziomie.

Punktem kulminacyjnym płyty miał chyba być utwór zatytułowany „Brooklyn”. Tytuł narzucający pewną konwencję i gościnny występ Jay-Z zaostrzały apetyt na ten numer. Miał być chyba próbą powrotu do korzeni, jednak po przesłuchaniu można powiedzieć tyle tylko, że w otoczeniu pozostałych kawałków pasuje do tej płyty jak kwiatek do kożucha. Po raz kolejny nie mogę powiedzieć, że numer ten jest zły. Spodziewałem się jednak czegoś naprawdę wyjątkowego, a odnalazłem luźną nawijkę obu panów na średnim podkładzie, zakończoną zwrotką Uncle Murda, która tak naprawdę nic do tego utworu nie wniosła. Na miano ciekawego zasługuje natomiast tradycyjna kolaboracja Faba z Lil’ Mo w utworze „What Should I Do”. Trzy poważniejsze zwrotki Fabolousa, przerywane melancholijnym lecz dobrym refrenem wokalistki, dają do spółki ciekawy akcent, pod koniec płyty wprowadzając słuchaczy w specyficzny nastrój, który zburzony zostaje ostatnim niepotrzebnym bonus trackiem pt. „This Is Family”.

Moim zdaniem „From Nothin’ To Somethin'” to najgorsza produkcja Fabolousa (nie licząc oficjalnego mixtape’u „More Street Dreams pt. 2”). Fab nie jest stworzony do tego, żeby silić się na oryginalność, nagrywać dzieła ponadczasowe i przejść do historii jako jednostka wybitna. Najlepszy jest natomiast w emanowaniu luzem, humorem (których z każdą płytą jest coraz mniej) i tworzeniu przyjemnych dla ucha hitów i moim zdaniem właśnie w tym kierunku powinien on pójść przy okazji następnego krążka. Nie jest to jednak płyta w żadnym wypadku słaba. „From Nothin’ To Somethin'” to wydawnictwo porządne, dopracowane (w miarę mozliwości) i całkiem przyjemne w odbiorze. Najlepsze utwory zostały jednak singlami i były mi znane wcześniej. Okazało się, że oprócz nich niewiele kawałków prezentuje równie wysoki poziom. Być może to właśnie jest przyczyną niedosytu, który został mi po przesłuchaniu krążka. Wydaje mi się jednak, że mimo wszystko płyta jest warta choćby jednorazowego przesłuchania.

Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris

Exit mobile version