Recenzje

Kanye West – Graduation


Ta recenzja nie mogła wyglądać inaczej. Nawet gdybyśmy starali się rozdzielić te dwie produkcje, nie bylibyśmy w stanie uniknąć odniesień do konkurencyjnych wydawnictw. Co ważne (a co wyjdzie w drugiej części tego artykułu), to 50 Cent postawił Kanye w sytuacji bezpośredniej konfrontacji. Pan West przyjął warunki generała G-Unit i postanowił sprawdzić karty przeciwnika. Co z tego wynika poza masową obecnością obydwu artystów w mediach?

Pomyślmy.

Kanye jest bardzo konsekwentnym artystą. Trzeci solowy album producenta z Chicago oparty został na identycznym pomyśle, co dwa poprzednie wydawnictwa. Na płycie jest przede wszystkim Kanye, a wśród gości znaleźli się po raz kolejny artyści uznani w undergroundzie jak i najgorętsi przedstawiciele mainstreamu.

Stąd na płycie mamy m.in. T-Paina, Lil Wayne’a czy pomrukiwania i pokrzykiwania Young Jeezy’ego. Stąd też na płycie pojawili się Mos Def czy Dwele.

Wszystko to na bitach, których trudno w najnowszym rapie uświadczyć. Dużo żywych instrumentów i ciepłe soulowe brzmienie, do którego Kanye przekonywał nas przy okazji pierwszego albumu. Nie znajdziemy tu eksperymentów z ostatniej płyty, ale nie ma tutaj też hitów na miarę „Through the Wire” czy „Touch the Sky”.

Cała płyta jest bardzo spójna, utwory, przynajmniej muzycznie, są równe. Dużo klawiszy, analogowych brzmień i tego specyficznego funku, który nieodłącznie kojarzy się z brzmieniem Chicago, tak dobrze znanym z produkcji mentora Kanyego – No ID. Wpływ tego superproducenta jest zresztą wyczuwalny nie tylko w muzyce – ale o tym dalej.

Kończąc temat brzmienia płyty – jest ona przesiąknięta Chicago, i to tym z lat 80tych. Lata, w których powstała i rozwijało się elektro-disco, które dzisiaj znamy jak house, są obecne w kawałkach „Champion”, „Big Brother”, singlowych „Stronger” i „Good Life”, a przede wszystkim w elektronicznym hymnie „Flashing Lights” z gościnnym udziałem Dwele. To brzmienie coraz częściej pojawia się w rapowych produkcjach z USA, ale – po raz kolejny – Kanye jest tym, który sięgnął po nie najobficiej. I jestem przekonany, że czeka nas teraz kilka miesięcy przesiąkniętych brzmieniem z lat 80tych. Zakład?

Tekstowo, do czego Kay nas przyzwyczaił, jest różnie. Wśród perełek takich jak „Stronger”, „Can’t Tell Me Nothing” czy absolutnie najlepszym tekstowo „Big Brother„, znajdziemy słabiuteńkie kawałki. „Champion”, „I Wonder” czy „The Glory” pokazują nam płaczkowatego Westa, który najlepiej czuje się w wymienianiu marek, które są sponsorami jego twórczości. I mamy tu: Versace, Luis Vitton, Martini, Baccardi, Coronę, Lamborghini, wietrzne Chi-Town i ciężką drogę na szczyt. Nudne? Nudne.

Kilka zdań należy poświęcić najważniejszemu utworowi na tej płycie. Nie są nim singlowe hiciory – to kończący płytę utwór „Big Brother”. Utwór, który tak naprawdę mógłby być doskonałym zwieńczeniem ostatniej w karierze płyty Westa. Utwór, który mógłby pojawić się na początku pierwszej w karierze płyty Westa. Utwór zbyt ważny, żeby go pominąć. Kawałek z jednej strony jest wyrazem uznania dla dwóch najważniejszych osób w muzycznej karierze Westa, z drugiej zaś specyficzną spowiedzią rapera. Hymn dla dwóch „starszych braci”: producenta No ID oraz szefa Roc-A-Fella, Jaya Z.

Kawałek ten jeszcze przed wydaniem wzbudzał wielkie zainteresowanie ludzi z rap biznesu. Wszyscy oczekiwali kilku słów prawdy na temat Hovy. I takie się pojawiają. Na początku Kay jednak oddaje cześć swojemu mentorowi, człowiekowi, który go wprowadził do rap biznesu. Tak, tak, drodzy państwo. No ID stoi nie tylko za karierą Commona. Ten producent odpowiedzialny jest również od wielu lat za brzmienie So So Def, będąc tak naprawdę ghostwriterem J.D.

Z kolei postać Jaya opisywana jest z perspektywy fana. Fana, który sprawia wrażenie rozgoryczonego sytuacją między nim a Hovą. Nie ma tutaj ataku na Jaya, raczej spowiedź zranionego człowieka, który żałuje popsutych stosunków z Jayem.

„I told Jay i did a song with Coldplay
next thing i know he got a song with Coldplay
Back in my mind i’m like: „damn, no way!”

A następnie wers

„Then i went and told Jay Brown
Should have known that was going to come back around
Should have talked to you like man, should have told you first
But i told somebody else and that has made shit worse”

Cały rap biznes żyje teraz konkurencją między Kanye i 50 Centem. Biorąc pod uwagę tylko i wyłącznie liczby, Kanye wyszedł z tej bitwy zwycięsko. Dotychczasowe wyniki sprzedaży sugerują, że to West zgarnie pierwsze miejsce na liście Billboardu. To jednak nie powinno przysłonić nam faktu, że Kay oddał w ręcę słuchaczy najbardziej dopracowany album w swojej karierze. Nie jest tak cukierkowy jak „College Dropout”, nie jest przekombinowany jak „Late Registration”. Jest po prostu dobry, bardzo dobry! I wszystko przemawia za tym, że ten album jeszcze przez długie miesiące będzie się dobrze sprzedawał, szczególnie jeżeli Kanye zdecyduje się na wydanie kolejnego singla. A wybierać jest z czego! Moje typy to „Big Brother”, „Champion”, „Barry Bonds” no i oczywiście „The Glory„.

Jednym zdaniem? Kawał dobrego rapu i jedna z najlepszych płyt tego roku.

Krzysiek Prażanowski

Exit mobile version