
Lil Wayne krytykowany był jest i będzie, pewne jest jednak, że album „Tha Carter III” to jedna z lepszych płyt 2008 roku. Krążek został dobrze przyjęty przez krytykę jak i publiczność – grubo ponad 3 miliony sprzedanych egzemplarzy mówi samo za siebie. Co więcej, po 86 tygodniach album ten utrzymuje się wciąż na liście Billboardu prezentującej 200 najlepiej sprzedających się płyt. Liczby i krytycy nie mogą tak kłamać jednym głosem – Weezy wraz z „Tha Carter III” stworzył coś, co zapisze się na stałe w historii muzyki.
Po sukcesie wspomnianego wydawnictwa dość szybko pojawiła się informacja, że autor „Lollipopa” wyda kolejny album, tym razem utrzymany w konwencji rockowej. Pojawił się singiel „Prom Queen” i wydawało się, że Weezy sprzeda na fali swej popularności co najmniej kolejny milion, da upust nowym fantazjom muzycznym i wróci do nagrywania hiphopu. Życie potoczyło się jednak inaczej. Wspomniany singiel, choć pojawił się na liście The Billboard Hot 100, większego zamieszania nie zrobił, a już zupełnie nie był w stanie powtórzyć sukcesu „Lollipopa”. Premierę płyty zaczęto odkładać, frontman Young Money bezskutecznie próbował wytworzyć hype wokół swego rockowego alter ego za sprawą kolejnych kawałków i w pewnym momencie wydawało się, że „Rebirth” nigdy się nie ukaże. Możemy do tego dodać niedawną pomyłkę strony Amazon.com, która przypadkowo wypuściła 500 egzemplarzy albumu 2 miesiące przed premierą, pogłoski o jej kolejnym przełożeniu i obietnice wypuszczenia materiału w innej, zmienionej wersji. Doszło do tego, że w pewnym momencie nikt już chyba z fanów Weezy’ego i rapu na ów krążek nie czekał. Ja sam modliłem się, by ten wreszcie się ukazał, gdyż odkładanie premiery w nieskończoność prawie nigdy albumom i samym wykonawcom nie służy („Tha Carter III” to akurat wyjątek); chciałem również, by Lil Wayne miał tę przygodę z rockiem już za sobą i wreszcie zajął się robieniem hiphopu. Album ujrzał światło dzienne 2 lutego. Czy ma potencjał by, jak poprzednik, stworzyć historię?
Niespecjalnie. „Rebirth” to raczej przykład na to, że jeśli ego twórcze nabierze zbyt wielkich rozmiarów, może to się źle skończyć dla samego artysty. Powiedzmy to na początek – omawiany album ciężko tak naprawdę nazwać rockowym. Choć gitary atakują ucho słuchacza dość często, jest to inna konwencja, inne rozwiązania wokalne, inna wreszcie mentalność, która przejawia nam się na poziomie lirycznym. Wydaje się, że wyrażenie „album eksperymentalny” pasuje do „Rebirth” lepiej. Wspomniany już „Prom Queen” to numer najstarszy i jednocześnie bardzo hejtowany pierwszy singiel. Dziwi mnie to, gdyż nie jest on na pewno najgorszym w karierze numerem Weezy’ego. Pobrzękiwanie gitary na zwrotkach, mocne partie podczas refrenu, wyraźna perkusja, podśpiewywanie autora płyty na Auto-Tunie – niespecjalnie powinno to dziwić czy szokować w 2009/10 roku. Tekst jest co prawda dość żenujący – Weezy opowiada nam o tym, że gapił się na bieliznę jednej z dziewczyn w szkole, rozmyślał o niej, ta wolała jednak innych chłopaków, odrzuciła jego zaloty, a teraz bidula płacze, gdyż raper jest już znany i odwdzięcza się jej pięknym za nadobne, bo – w wolnym tłumaczeniu – „nigdy nie wiesz, jak w przyszłości wszystko się pozmienia”. Słabe? Owszem, ale wykonanie techniczne całego tracku jest przyzwoite i „Prom Queen” to jeden z nielicznych utworów z „Rebirth”, do których czasem sobie wracam.
Na albumie – oprócz pierwszego singla – znajduje się jeszcze jeden track dobry, jeden genialny i 2-3, które można po kilku głębszych uznać za przyzwoite. Do pierwszej kategorii należeć będzie otwierający płytę utwór „American Star”. Gitara buja, w tle pojawiają nam się dyskretne skrzypce jakby rodem z Queenu, raper (piosenkarz?) bawi się słowem i wokalem, a wszystko to jest okraszone, może nie wybitnym acz przyjemnym głosem niejakiej Shanell. Numerem genialnym jest oczywiście „Drop the World” z gościnnym udziałem Eminema. Utwór ten jest bez dwóch zdań hiphopowy, sam Weezy raczej rapuje niż śpiewa, bawi się metaforami i różnego rodzaju innymi poetyzmami w stylu you keep the sunshine, save me the rain czy the top gets higher the more that I climb i, o dziwo, nie ociera się o żenadę. Nadużywanie wyrazu „motherfucker” tutaj akurat jakoś specjalnie nie razi, tworzy wręcz zaskakujący kontrast ze zdaniami w stylu tych przeze mnie przytoczonych. Nie ukrywajmy jednak – przynajmniej połowę swej wartości zawdzięcza „Drop the World” obecności na featuringu samego Eminema. Ten prezentuje nam to co najlepsze – świetny techniczne, choć nieprzekombinowany tekst i perfekcyjne wykonanie wokalne. Choć Weezy’ego w opisywanym numerze jest więcej, to właśnie Eminem przenosi „Drop the World” na wyższy poziom. Wspólny album obu panów – choć nigdy raczej taki nie zostanie nagrany – mógłby być niesamowitym wydarzeniem artystycznym.
Utworami, których od biedy da się posłuchać są na przykład „Runnin'” czy „Ground Zero”. W tym drugim wyczuwam mocne inspiracje twórczością Limp Bizkit, a całość jest strawna, bo dynamiczna, niekakofoniczna, a Weezy wyrzuca z siebie słowa i nie zawodzi na wokalu aż tak bardzo, jak to niekiedy ma w repertuarze. O reszcie utworów z „Rebirth” nie da się niestety powiedzieć tego samego. „American Star”, „Prom Queen” i „Ground Zero” to trzy pierwsze tracki na płycie i rozwiązania dla nich charakterystyczne przestają szybko bawić. To co razi przede wszystkim to efekty nakładane na wokal. Czasem jest to prosty Auto-Tune, czasem połączony z przybrudzeniem głosu i bóg wie czym jeszcze. Pewne jest jedno – Weezy ubzdurał sobie, że na efektach może robić wszystko. Nic bardziej mylnego. Największego fałszu nie wyciągnie i Auto-Tune, a inne efekty nie umilą słuchaczowi eksperymentów wokalnych nie mających pokrycia w umiejętnościach. Momentami autor płyty zawodzi tak bardzo (chociażby w „Paradice”), że słuchacz naprawdę ma wątpliwości, czy bardziej żal mu swoich głośników, uszu, czy samego wykonawcy, którego musieli podczas nagrywania maltretować. Szkoda, że tak się dzieje, gdyż Weezy głos ma ciekawy, umiejętności wokalne również wysokie – niech ograniczy swą twórczość do rapowania i nawet podśpiewywania (byle nie – zawodzenia), to znów będę go chwalił.
Warstwa muzyczna i liryczna na „Rebirth” w większości przypadków również pozostawiają wiele do życzenia. Ta pierwsza złożona została zupełnie bez pomysłu. Nie ważne, czy całość jest szybka, spokojna, wesoła, słodka, czy mocna. Ważne, by pojawiła się gitara. Powstaje więc niezbyt wysokiej artystycznie wartości miszmasz. Numer „Da Da Da” chociażby jest tak banalnie dziecinny, że mógłby z powodzeniem trafić na soundtrack do filmu „Hannah Montana”, a singlowy „On Fire” to zaczynający się tragicznie i rozwijający jeszcze gorzej jakiś „pseudoelectropop” z (co, mówiąc ironicznie, oczywiste) gitarą na pierwszym planie. Tekstowo też nie jest lepiej. Czasem jest źle jak w przypadku opisanego „Prom Queen”, czasem gorzej – chociażby w tragicznym „The Price is Wrong”. Ma Weezy momenty, mówi w pewnym momencie: I got blind money, money you ain’t never see, jednak takich fragmentów jest zdecydowanie za mało, jak na kogoś, kto przynajmniej kiedyś był niezłym technicznie raperem.
Bardzo niewielkie były moje oczekiwania co do jakości albumu „Rebirth”. Niestety nawet tych Lil Wayne nie spełnił. Album jest płytki muzycznie i tekstowo, przesadzony w eksperymentach od strony wokalnej. Jeden numer wybitny i dwa inne, które wrzuciłem sobie na składankę do samochodu, nie rekompensują zawodu, jaki odczułem słuchając całości. Gdy płyta wypłynęła do internetu bardzo wcześnie, Mack Maine z Young Money przekonywał, że krążek pojawi się w sklepach z nową, zmieniona tracklistą. Mówił prawdę – kawałków na album trafiło mniej, a co z tego, że wszystkie te same. Chwyt marketingowy sam w sobie jednak genialny, a Weezy pokazał, że ma ogromny potencjał komercyjny, zbliżając się w 4 tygodnie do 400 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Mimo wszystko cieszę się, że mamy już „Rebirth” za sobą i możemy spokojnie czekać na kolejne nagrywki bohatera recenzji. Lil Wayne będzie miał teraz trochę czasu do przemyśleń w więziennej celi (o ile wreszcie tam trafi) i myślę, iż nie będzie naiwnym liczyć, że za jakiś czas powróci artystycznie mocniejszy niż kiedykolwiek.
Krzysztof „Mr. Chris” Sacała