
Rok 2005 to jak na razie najlepszy okres dla rapu z Houston i okolic. To właśnie wtedy światło dzienne ujrzały takie płyty jak „Trill” Buna B, „Who Is Mike Jones” Mike Jonesa, „The Sound of Revenge” Chamillionaire’a czy „The Peoples Champ” Paul Walla. Krążki sprzedały się bardzo dobrze i na niespotykaną dotychczas skalę wypromowały rap rodem z Teksasu. Między tymi wielkimi premierami pojawiła się kolejna, należąca do artysty, który światowy rozgłos zdobył dopiero dzięki występowi w numerze „Still Tippin'” Mike Jonesa. Mowa tu oczywiście o bohaterze tej recenzji – Slim Thugu – który dzięki płycie „Already Platinum” dołączył do grona najlepiej rozpoznawalnych artystów z Houston. Żadnemu z wymienionych dotąd raperów nie udało się jak na razie powtórzyć sukcesu komercyjnego debiutu. Nie wydaje się również, żeby to Slim Thug przerwał tę niefortunną z punktu widzenia komercyjnego passę. Pewne jest jednak, że artysta powrócił po prawie 4 latach w dobrym stylu i ma słuchaczom sporo do przekazania.
Already Platinum było krążkiem człowieka, który zajęty wieloma interesami, nie do końca miał pomysł na to, jak wyglądać powinien jego rap. Efektem tego stanu rzeczy był fakt, że debiut Slim Thuga, poza kilkoma numerami, które na stałe zapisały się w historii rapu z Houston, po prostu nudził i nie spełniał oczekiwań wygórowanych singlami. Boss of all Bosses natomiast to krążek przemyślany, w którym widać nieznaczny progres jego autora, na tyle jednak zauważalny, żeby dać słuchaczowi prawie godzinną rozrywkę. Na czym polega ten postęp? Na pierwszy rzut oka jest on może trudny do wychwycenia i wydaje się, że Slim Thug brzmi tak samo jak zawsze. Przy dokładniejszym przesłuchaniu zauważymy jednak trochę większą sprawność artysty w składaniu rymów, a także bardziej świadome używanie flow. Sprawia to, że zwrotki są zgrabne, przekaz interesujący, a niekiedy pomysłowe refreny tylko ubarwiają całość. Wszystko utrzymane jest w klimacie typowym dla Houston, zabarwionym domieszką komercyjnych acz całkiem przyjemnych brzmień.
Za owy vibe charakterystyczny dla największego miasta Texasu odpowiada Mr. Lee, który jest autorem ponad połowy podkładów zawartych na Boss of all Bosses. Przez album przewijają nam się więc charakterystyczne, nostalgiczne, często spowolnione brzmienia, nawiązujące do estetyki chopped and screwed, oparte na pędzącym cykaczu i głębokim basie, zabarwione niekiedy chórkami czy ciekawym samplem. Wszystko to do spółki tworzy nam naprawdę niesamowity klimat, a głos Slim Thuga jest idealnym uzupełnieniem tej idyllicznej wręcz realizacji rapu z Houston. Wymienić tutaj można chociażby takie utwory jak Top Drop, Thug, Leanin’, czy Welcome 2 Houston, będące niemalże definicją takiej właśnie konwencji. W elektronicznym I’m Back łączy natomiast Mr. Lee bardzo spokojne i przyjemne dźwięki prosto z keyboarda, a refren Devin The Dude’a jest małym arcydziełem, jakiego nie spodziewałbym się po człowieku, który do tej pory swym flow jedynie mnie usypiał. Jedynym potknięciem utalentowanego producenta jest numer She Like That, który niemalże kakofoniczny w swym pseudopatosie, jest dodatkowo zepsuty przez Killa Kyleona, próbującego swych sił w śpiewaniu na Auto-Tunie. Wychodzi nam z tego istna tragedia i na szczęście jedyny tak słaby moment na przestrzeni całego wydawnictwa.
Jak natomiast spisują się pozostali producenci? Terry „T.A.” Allen otwiera album mocnym uderzeniem i tytułowy utwór z płyty okazuje się przyjemnym street-bangerem, a także dobrym tłem dla ulicznych przechwałek Slim Thuga. Bigg Tyme & J-Moses samplują nam utwór Hard Knocks autorstwa Marca Broussarda, a sam podkład jest jakby stworzony pod gościnnie występującego Scarface’a, który pod żadnym pozorem nie powinien wybierać się na zapowiadaną emeryturę. Mannie Fresh natomiast tworzy nam wraz z Show Me Love małe arcydzieło, będące flashbackiem do czasów Cash Money, wyrażonym za pomocą współczesnych możliwości. Przyjemnie dodatkowo posłuchać refrenu ex-producenta Cash Money, a Slim Thug czuje się w takim stylu bardzo dobrze. Jest to bowiem kawałek ze zbioru tych wyróżniających się na tle całego wydawnictwa, do którego zaliczyć można jeszcze I Run i Smile. Oba utwory wyprodukował twórca Lollipopa – Jim Jonsin – i całkiem przyjemnie wpasowują się w cały krążek. I Run to typowo radiowy hit, który nie zrobił jednak oczekiwanej kariery, podczas gdy Smile to obowiązkowy utwór dla kobiet – spokojny i przyjemny, a co najważniejsze – nie jest nudny, w przeciwieństwie do większości tego typu prób zjednania sobie nastoletnich fanek.
Slim Thug czuje się na mikrofonie wyjątkowo dobrze. Raper jest posiadaczem dobrej dykcji, a także mocnego, przyjemnego głosu i wszystko to sprawia, że można do płyty Boss of all Bosses wracać przynajmniej kilkukrotnie. O czym jednak artysta nam opowiada? Ciężko się na ten temat rozpisać, gdyż wyrażenie „uliczne braggadocio” wyczerpuje zasób tematyczny Slim Thuga. Swe opowieści snuje jednak artysta w sposób ciekawy i z jego ust mogę słuchać przez dłuższy czas o byciu zarobionym człowiekiem, który pozostaje na ulicach i nie zależy mu na sławie, jedynie na pieniądzach, a ponad wszystko jest tytułowym „bossem”. Na słowo pochwały zasługuje również dobór gości, którzy w naturalny sposób Slim Thuga ograniczają i mile urozmaicają jego przekaz. Czasem jest to tylko refren, jak w przypadku wspomnianego już Mannie Fresha, czasem cała armia raperów z Houston, którzy występują w ostatnim kawałku na płycie. Welcome 2 Houston to niemalże epicka opowieść rodem z tytułowego miasta, przekazywana przez 14 raperów i, choć kawałek trwa prawie 9 minut, naprawdę nie nudzi i ma się ochotę powracać do niego w nieskończoność. Cieszy również ograniczona liczba gościnnych występów członków ekipy Boss Hogg Outlawz, którzy są, bądź co bądź, marnymi raperami i ich zbyt częste pojawianie się, mogłoby spowodować, że postać mistrza ceremonii gdzieś by nam się rozmyła. Dostaliśmy jednak niemal idealny balans między zwrotkami Slim Thuga i gości, co potwierdza mą tezę, że płyta Boss of all Bosses jest w porównaniu do debiutu dużo lepiej przemyślana.
Nie jest to jednak wydawnictwo genialne. Po słabym roku 2008 i marnym początku 2009 mam być może trochę zaniżone oczekiwania. Boss of all Bosses nie dorównuje chociażby krążkowi II Trill Buna B, a także i innym często podziemnym produkcjom z Houston. Mam jednak sentyment do tego miasta i naprawdę cieszy mnie trzymająca poziom produkcja, która wyróżnia się na tle upadającej ostatnio muzyki z Dirty South. Rap z Teksasu rządzi się jednak swoimi prawami i mam nadzieję, że jest to zapowiedź drugiej fali ofensywy from the bottom of the map. Sporo premier zaplanowanych jest na ten rok, a Slim Thug jako pierwszy mainstreamowy artysta wytyczył nam swego rodzaju kierunek, płytą, która choć klasykiem nie zostanie, jest na pewno godna polecenia.
Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris