Recenzje

E-40 – The Ball Street Journal

E-40 zasługuje niewątpliwie na miano żyjącej legendy. O ile stwierdzenia tego prawdopodobnie nie udałoby się obronić w kontekście rapu z całego USA, tak jest ono na pewno prawdziwe, jeśli weźmiemy pod uwagę obszar tzw. Bay Area. Ta właśnie niespotykanie płodna w wykonawców hiphopowych część Zachodniego Wybrzeża, skupiona wokół San Francisco, zawdzięcza niejedno autorowi płyty „The Ball Street Journal”. E-40 to raper, na którego styl od jakiegoś czasu składają się przede wszystkim 2 tradycje – charakterystyczne, typowe dla Bay Area, niejednokrotnie eksperymentalne rozwiązania muzyczne, będące echem „klasycznego” rapu z Zachodniego Wybrzeża, a także hyphy – muzyka oparta z definicji na przytłaczająco ciężkim basie, szybkiej perkusji i hedonistycznych tekstach, traktujących o kobietach, pieniądzach, samochodach itd. To właśnie płyta E-40 z 2006 roku, zatytułowana „My Ghetto Report Card” wypromowała na szerszą skalę omawiany styl muzyczny i fakt ten mógł 40 Water dopisać do imponującej listy swych zasług. Wspomniane wydawnictwo jest bez wątpienia bardzo dobre, jednak sam doceniłem je dopiero po czasie – w 2006 roku nie byłem jeszcze gotowy na bezkrytyczne przyjęcie niemalże całej płyty nagranej w stylu hyphy, którą to konwencję E-40 przeniósł na wyższy poziom. Nie jest to bowiem muzyka, której dałoby się słuchać przez dłuższy czas w wykonaniu kogokolwiek poza E-Feezym. Po „The Ball Street Journal” oczekiwałem więc godnej kontynuacji poprzedniego wydawnictwa – dostałem niestety jedynie gorszy poziomem sequel.

Nie znaczy to oczywiście, że nie ma czego na nowym albumie posłuchać. The Ball Street Journal otwiera niesamowicie dynamiczny kawałek The Ambassador, będący wierną kopią pierwszego numeru pt. Yay Area z płyty poprzedniej. Ciężki bas, mocna perkusja, pojedyncze dźwięki prosto z keyborda i powtarzający się cut, który stanowi integralną część podkładu, sprawiają, że mamy do czynienia z wykorzystaniem ogranego patentu, którego nie mogę jednak skrytykować, bo buja chyba jeszcze mocniej niż pierwowzór. Zobaczmy o czym opowiada nam 40 Water w tym tracku:

I’m tryin’ to get my beak wet (beak wet),
I’ma let you shoot the dice and I’ma side bet.
Still hungry, just ate (just ate).
Medallion same size as a dinner plate.
The Bay ain’t been the same since I took a break.
Where you been 40? Buyin’ real estate.
I cain’t stop (I can’t stop)
Play me foul, fuck around and get mollywhopped.
Just got my car up out the shop (out the shop).
What color you paint it pimp?! Apricot (apricot).
You might spot me in the function with a peacock,
Wipin’ the sweat off my face, with a C-note.
They call me Uncle 40 Water (Uncle 40 Water) –
The Ambassador, the top tomato (the top tomato),
And to you suckers tryin’ to hate (tryin’ to hate) –
40 Water doin’ great.”

Mamy tu do czynienia z braggadocio, jednak takim, jakiego próżno szukać u innych wykonawców. Dostajemy oryginalne rymy, humorystyczne punchline’y, bogaty język, charakterystyczne podbijanie końcówek wersów, a wszystko to jest tylko uzupełnieniem niesamowitego flow autora płyty, które bez wątpienia jest obecnie jednym z najlepszych w grze. Tak też będzie sytuacja wyglądać na przestrzeni całego krążka – E-40 jest hustlerem, który pomimo tego, że się dorobił, pozostał na ulicy, jest legendą Bay Area, więc zdecydowanie ma się czym chwalić, a rozważania te zabarwiają momenty szczerych opowieści o życiu, czy z drugiej strony – radiowych piosenek dla fanek. Jest to generalnie bardzo przyjemne, jednak biorąc pod uwagę fakt, że płyta składa się z 19 utworów – w pewnym momencie zaczyna męczyć i nudzić.

Jest jednak sporo momentów, w których hyphy buja tak jak powinno. Można tu wymienić chociażby wyprodukowany przez Droop-E singiel Got Rich Twice, w którym nawijkę autora płyty urozmaica refren Turf Talka, czy oparty na zupełnie szalonym podkładzie Tell It Like It Is, dla którego co prawda również dałoby się znaleźć pierwowzór na płycie My Ghetto Report Card, dopóki jednak utwór jest bujający, nie zamierzam go krytykować. Magia E-40 polega bowiem i na tym, że potrafi on wyciągnąć nawet niecodziennie wtórną liljonową produkcję do numeru Break Ya Ankles i nagrać hit, który stworzony jest by opanować nie tylko lokalne kluby. Zastanawia mnie jedynie historia kolaboracji autora płyty z gościnnie występującym w omawianym utworze Shawty Lo, która choć niespodziewanie znośna, pozostawia niesmak, będąc swego rodzaju faux pas dla legendy Bay Area. Do numerów niewątpliwie bujających mogę spokojnie zaliczyć również oparty na najbardziej minimalnej produkcji Poor Man’s Hydraulics, czy, posiadający wymowny dla treści tytuł, track Alcoholism, który, choć dość ciężki, nie jest nawet w połowie tak mroczny jak The Recipe, gdzie oprócz rewelacyjnej zwrotki autora płyty, na uwagę zasługuje gościnny występ niezawodnego jak zwykle Buna B. Choć numer jest dobry, nie wytrzymuje porównania z White Gurl – odpowiednikiem z poprzedniego wydawnictwa E-40.

Nagranie prawie osiemdziesięciu minut muzyki okazało się dla autora płyty jednak zbyt dużym wyzwaniem. Utwory takie jak 40 Water, Sliding Down the Pole czy I Can Sell It wnoszą do krążka naprawdę niewiele i po prostu męczą. Jak pisałem wcześniej – E-40 potrafi utrzymać słuchacza przy muzyce hyphy przez dłuższy czas, jednak nawet on ma swoje ograniczenia. Dodatkowo zaznaczyć muszę, że nie wyszły autorowi płyty numery komercyjne, przeznaczone dla radia. Give Her the Keys porusza ograny motyw materialnej miłości, będącej pretekstem dla rapera do pochwalenia się bogactwem, refren T-Paina męczy, a słodki podkład zupełnie nie pasuje do klimatu płyty. Podobnie sytuacja wygląda z pierwszym singlem pt. Wake It Up – gdyby utwór znalazł się na płycie Akona zapewne byłbym bardziej entuzjastycznie do niego nastawiony, jednak płyta „Ambasadora Bay Area” nie jest miejscem dla skierowanych do kobiet piosenek typu „jestem gwiazdą i będzie ci ze mną dobrze”. Hood Boy natomiast brzmi jak R&B klasy B i razi brakiem pomysłów, których przecież pełno było zawsze na płytach E-40, więc wpadki tego typu martwią tym bardziej.

Hyphy na płycie The Ball Street Journal buja, jednak jest wtórne i kilka utworów spokojnie można wyrzucić, utwory dla radia są przesłodzone i nie pasują do całości, jest jednak na płycie grupa numerów daleka tamtym rozwiązaniom, do której nie sposób się przyczepić. Pierwszym z nich jest Pain No More – mój zdecydowany faworyt z opisywanej płyty. Jonathan Rotem dostarczył niesamowitą produkcję, przenoszącą słuchacza w świat Kalifornii, 40 Water oraz gościnnie występujący The Game i Snoop Dogg miłe dla ucha przechwałki (E-40: Don’t compare me to nobody unless you talkin’ ’bout Pac), a anonimowy piosenkarz bardzo przyjemny, choć lekko głupawy refren traktujący o zażywaniu pigułek, paleniu trawki i picu Hennessy jako remedium na problemy. Niczego owemu numerowi nie brakuje i zagościł w mych głośnikach na długi czas. Earl natomiast to kolejny mroczny kawałek, tym razem oparty na dźwiękach niepokojącego pianina i syntezatora, do którego to tracku 3 grosze dodał legendarny Ice-T. Zupełnie inny klimatycznie Pray for Me jest hymnem autora płyty na cześć samego siebie, ubarwionym urzekającymi partiami wokalnymi, który godnie zamyka całą płytę, zostawiając słuchacza w lekko nostalgicznym nastroju, tak przecież obcym odczuciom towarzyszącym słuchaniu całego wydawnictwa. Wspomnieć warto również o numerze Big Time, w którym wesoły podkład i optymistyczny refren, tworzą kolejny kontrast z większością tracków zamieszczonych na The Ball Street Journal.

Nowe wydawnictwo E-40 nie jest kontynuacją My Ghetto Report Card – jest jego kopią. Pojedyncze utwory potrafią wpaść w ucho, całość jednak zostawia niedosyt i poczucie obcowania z albumem, który został złożony nie do końca z pomysłem. Nawet sama kolejność utworów pozostawia wiele do życzenia – słodkie numery komercyjne są rozrzucone po całej płycie i co chwilę rozbijają jej charakterystyczny klimat. To, co należało zrobić, to przede wszystkim skrócić wydawnictwo do mniej więcej 12 tracków i lepiej je uporządkować. Takie poprawki nie byłyby jednak wystarczające, by mówić o płycie The Ball Street Journal w samych superlatywach. Mam nadzieję, że przy okazji następnego wydawnictwa, zamiast nagrywać muzykę jakiej pełno w Bay Area, przeniesie E-40 ruch hyphy na kolejny poziom i dostaniemy coś na miarę jego potencjału. Nie przekreślam jednak płyty The Ball Street Journal – jest na niej wystarczająco dużo dobrych utworów, by warto było z owym albumem się zapoznać.

Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris

Exit mobile version