
Osoby nieprzekonane do stylu artysty oczywiście nic odkrywczego na owym krążku nie znajdą, B.G. jednak w sposób bardzo udany połączył charakterystyczne dla współczesnego rapu rozwiązania, klimat Nowego Orleanu i własne dążenia artystyczne. Singiel „My Hood” to właśnie typowa próba powrotu do korzeni, za bit odpowiada nadworny niegdyś producent Cash Money – Mannie Fresh – dźwięki prosto z keyborda są proste, przejścia charakterystyczne, a tematyka… tu tytuł mówi sam za siebie. Teledysk nawiązuje również w pewnym stopniu do stylistyki z czasów Cash Money i robi całkiem dobre wrażenie, choć nie jest to z pewnością najlepszy kawałek powstały w wyniku współpracy obu panów (wspomnijmy chociażby „Move Around” z „The Heart of tha Streetz, Vol. 2”). Całość płyty otwiera track „Fuck the Game Up”, w którym niepokojąca gitara określa nastrojowy klimat krążka, lecz również sugeruje, że „Too Hood 2 Be Hollywood” będzie czymś więcej niż kolejnym nudnawym krążkiem artysty, o którym wielu już zapomniało. Siłą kawałka „I Swear” jest znów bardzo klimatyczny podkład, a przede wszystkim wspomniane charakterystyczne flow i bragga – na opisywanym krążku dużo łatwiej strawne. Wraz z „Nigga Owe Me Some Money” muzycznie przechodzimy na drugą stronę barykady do obozu No Limit. Kolegów zjada jednak zaproszony Lil Boosie, C-Murder mimo ciągnących się w nieskończoność problemów z prawem jest w formie i miło go posłuchać, B.G. średnio zapada w pamięć, a w refrenie wysamplowany jest nieżyjący Soulja Slim. Tego ostatniego autor płyty wspomina na krążku do znudzenia – wada może nie ogromna, ale można to było zrobić raz a porządnie, zamiast rozrzucać wzmianki na ten temat po całym albumie.
Jak wspomniałem, współczesne mody panujące w hiphopie nie są raperowi z Nowego Orleanu obce. „For a Minute” to wysokiej klasy banger, kawałek ma jednak już prawie 2 lata, więc trochę niepotrzebnie trafił na płytę” Too Hood 2 Be Hollywood”. Podobnie sytuacja wygląda przy okazji tracku „Ya Heard Me”. Numer zwiastujący powrót ekipy Hot Boys buja głową, w sposób bardzo wyrazisty pokazuje w jaką stronę poszli poszczególni wykonawcy, Auto-Tune ma przyciągnąć uwagę; szkoda tylko, że znamy ten utwór już dobry rok. Na tym jednak na szczęście bangery się nie kończą. Dwa najmocniejsze w tym aspekcie momenty płyty to tracki „Chopper City Is an Army” i „Under Surveillance”. W pierwszym z nich za bitmaszyną pojawia się znów Mannie Fresh i panowie zabierają nas do czasów, w których B.G. naprawdę potrafił tworzyć bujającą muzykę do klubów i samochodów. Sam tytuł nawiązuje zresztą do jednego z utworów z płyty „Chopper City in the Ghetto”. „Under Surveillance” to dzieło artysty o ksywce Bass Heavy, a założenie jest to samo – dynamiczne dźwięki prosto z keyboarda bujają głową i, choć zmiksowane nowocześnie, nawiązują do sposobu, w jaki tworzyło się bangery kilka lat temu, cykacz gdzieś pędzie sobie w tle, a B.G. robi to, co umie najlepiej – przechwala się. Wspomnianego chwilę wcześniej producenta pragnę również pochwalić za drugi z tracków, które wyprodukował na „Too Hood 2 Be Hollywood” – „Fuckin’ U Right”. Można sobie pomyśleć, że połączenie umiejętności lirycznych B.G., jego flow i tematyki kobiecej (przywołującej od razu pewien typ podkładu) zwiastuje katastrofę, tymczasem mamy tutaj do czynienia z jednym z moich ulubionych numerów na płycie. Wszystko brzmi bujająco i nowocześnie, perkusja wybija rytm jak należy, refren wpada w ucho, a całość do spółki daje nam kawałek o naprawdę sporym potencjale komercyjnym.
Nie wszystko jednak na „Too Hood 2 Be Hollywood” godne jest pochwał. Skoro jesteśmy przy tematyce kobiecej, to katastrofą jest bez wątpienia track „Fuck Thang”. Wtórny podkład, przesłodzony refren i zamulający B.G. – nie dało się tego uniknąć przy LP trwającym prawie 70 minut. „Hit the Block & Roll” to próba wprowadzenia elementów oryginalności do twórczości bohatera recenzji, a także echo popularności hasła „party like a rockstar”. Elektroniczna, kakofoniczna gitara nie jest jednak zdecydowanie tym instrumentem, który powinien być wiodący w kawałkach B.G. Sam podkład zresztą tak drażni uszy, że nie wiem, czy jakikolwiek inny raper potrafiłby go wyciągnąć na wyższy level. „I Hustle” to numer również znany nie od dziś, gościnnie pojawia się Young Jeezy, a całość pozostawia wrażenie niewykorzystanego potencjału. Zabrakło chyba budżetu na jakiś lepszy podkład nie byle jakiego w końcu kolektywu producenckiego jakim jest J.U.S.T.I.C.E. League, a i sama kolaboracja wydaje się dość wymuszona. Utworów na płycie łącznie jest 17, a te przeze mnie pominięte z jakiegoś powodu nie zapadły mi w pamięć; pewne jest jednak, że tworzą dobre tło dla wzlotów i upadków B.G., bo całości słucha się naprawdę przyjemnie.
Nie był to szczęśliwy rok dla fanów wytwórni Cash Money. Płyta Birdmana jest mniej więcej tak słaba jak okładka, Wayne’owi odbiło z rockiem, Juvenile zagubił się gdzieś między swoim stylem, a dążeniami komercyjnymi, co sprawia, że połowy albumu nie da się słuchać, Mannie Fresh udzielał się rzadko, a Turk dalej ogląda świat z więzienia. Wszystko to pod koniec roku zrekompensował nam B.G. z krążkiem „Too Hood 2 Be Hollywood”. Album jest z jednej strony spójny brzmieniowo (nawiązania do klasyki Cash Money i współczesne bangery nie są w końcu od siebie tak daleko), z drugiej – na tyle różnorodny, by nie zanudzić słuchacza, jak to często bywało przy okazji wcześniejszych płyt autora hitu „Bling Bling”. W żadnym wypadku nie jest to klasyk, czy płyta wyjątkowa. Ja jednak chyba robię się z wiekiem sentymentalny i lubię jak artyści wracają do korzeni. Podobało mi się to przy okazji „Finally Famous: Born a Thug, Still a Thug” Trick Daddy’ego, cieszy i tutaj. Polecam więc płytę „Too Hood 2 Be Hollywood” przede wszystkim fanom złotego (platynowego?) okresu wytwórni Cash Money.
Krzysztof „Mr. Chris” Sacała