
Nie chcę porównywać „The Darkside Vol. 1” do najstarszych płyt bohatera recenzji, pewne jest jednak, że nowe wydawnictwo jest najlepszym albumem rapera od dobrych kilku lat. Joey Crak częściowo wraca do korzeni, trochę eksperymentuje, a co najważniejsze – robi swoje i nie przejmuje się tym, czy tysiące nastoletnich fanek pobiegną do sklepów po swój egzemplarz. Owszem, są numery dla kobiet, ale nawet „If It Ain’t About Money” trzyma poziom, buja i jest nietuzinkowe od strony produkcyjnej. Zwrotki zaczynają się poważnie i minimalistycznie, by chwilę później przejść w słodką acz przebojową mieszankę, zapewnioną przez umiejętnie dobrany syntezator. Sam Fat Joe nie tworzy typowego lovesongu z motywem miłości za pieniądze (które tutaj wysuwają się na pierwszy plan), zapodaje bragga, przeklina, a wszystko ubarwione jest długim refrenem wokalisty o ksywce Trey Songz, przypominającym trochę jego występ w „Summer Wit Miami” Jim Jonesa. Nie jest to szczytowe osiągnięcie bohatera recenzji, ale na pewno nie powoduje chęci wyłączenia płyty. Bardzo podobny motyw powraca w „Money Over Bitches”, w którym już tytuł mówi wprost, czym zajmą się raperzy, a chodzi o stary, dobry, sprawdzony, hiphopowy topos. Dość spokojny i w swej prostocie genialny podkład Raw Uncut z nastrojowym wokalem w tle jest dodatkowo ubarwiony przez gościnną zwrotkę Too Shorta, który choć niczym nie zaskakuje, to wpada w ucho jak nigdy. By zamknąć temat numerów lżejszych (podkreślając, iż lekkość jest raczej pozorna i związana ze sferą produkcyjną), wspomnieć trzeba o akurat najsłabszym momencie płyty – tracku „How Did We Get Here” z gościnnym udziałem R. Kelly’ego. Nuda, wtórność i nieudany refren – to tylko 3 z kilku aspektów tego utworu, które sprawiają, że jest jedynym, który przerzucam przy słuchaniu „The Darkside Vol. 1”.
Nowe wydawnictwo Fat Joe jest przede wszystkim świetnie wyprodukowane. Scoop DeVille niedługo będzie najbardziej rozchwytywanym producentem, a na płytę bohatera recenzji dostarczył bujające „No Problems” i singlowe „(Ha Ha) Slow Down”. W drugim z tracków tworzy artysta nową jakość z ogranego ostatnimi czasy sampla z numeru”Back to Life (However Do You Want Me)” grupy Soul II Soul. Zaczyna się niewinnie, lecz gdy do perkusji i wyciętego wokalu dołącza dynamiczny bas, na którym Fat Joe nawija z jeszcze większym powerem, mamy do czynienia z istną bombą prosto do samochodów wyposażonych w dobry soundsystem. Autor płyty i gościnnie występujący Young Jeezy nawijając swoje zwrotki bawią się świetnie, a ja dodam tylko, że całość robi jeszcze większe wrażenie wraz z klimatycznym teledyskiem. Współpraca bohatera recenzji z Just Blazem zaowocowała kiedyś genialnym „Safe 2 Say (The Incredible)”. „I Am Crack” z „The Darkside Vol. 1” lekko ustępuje poprzednikowi dynamiką, ale należy na pewno do najlepszych momentów na płycie. Sam Joey sili się na konceptualność i wciela w „postać” tytułowego narkotyku. Wszystko poprzerywane jest wstawkami imitowanymi na materiały radiowo-telewizyjne i tak naprawdę nie odczuwa się braku refrenu. Numerem zdecydowanie wartym uwagi jest „Kilo”, w którym DJ Infamous wykorzystuje sampel znany chociażby z utworu Ghostface’a o tym samym tytule. Gościnnie występujący Clipse trochę nie pasują do całości, ale wszystko rekompensują nam Fat Joe i początkowo podśpiewujący Cam’ron. Bohaterem utworu jest po raz kolejny wiadoma substancja sprzedawana nie tylko na kilogramy.
Jakby nie było, „The Darkside Vol. 1” nie jest najlepszym wydawnictwem Fat Joe w aspekcie wokalno-lirycznym. Raper ma momenty lepsze i gorsze, a do tych pierwszych krytyka zaliczyła wersy z „I’m Gone”. Nie potrafię się z tym zgodzić. Track trwa 6 minut i niezbyt porywający podkład Premiera ciągnie się w nieskończoność, Joey próbuje lekko podśpiewywać, co zupełnie mu nie wychodzi, a większość czasu wypełnia nie rap a nużące gadanie. Coś takiego przeszłoby na samym końcu płyty, w tracku przedostatnim razi i jest nie na miejscu. Spostrzeżenia te nie są bynajmniej pustym hejtingiem DJa Premiera, gdyż numer na podkładzie tegoż producenta pt. „That White” uważam za najlepszy z płyty „The Elephant in the Room”. Zamiast „I’m Gone” album kończy utwór „At Last Supremacy”, będący mocnym street-bangerem z gościnnym, niepokojącym refrenem Busta Rhymesa. Joey przechwala się, rozlicza z krytykami, zapewnia o swojej legendzie, wspomina poprzednie wydawnictwa i – pośrednio – ogłasza swoje zwycięstwo wraz z płytą „The Darkside Vol. 1”.
W ostatnim czasie przestałem wierzyć w Fat Joe i regularnie go wyśmiewałem. Nie byłem w tym odosobniony, bo naprawdę ciężko było brać bohatera recenzji na serio. Na „The Darkside Vol. 1” przestał być parodią gangstera i, co najważniejsze, nagrał wreszcie porządny album, którego słucha się dobrze w całości. Nie jest to oczywiście wydawnictwo idealne. Jak wspomniałem, Joey pisywał już w karierze lepsze teksty i są na „The Darkside Vol. 1” momenty słabe, czy nie do końca przemyślane. Album jest jednak ciekawy, dynamiczny, przebojowy (w ulicznym tego słowa znaczeniu) i broni się przede wszystkim spójnością. Artysta powrócił z przekonaniem, że jest dobrym raperem, nie zależy mu na sukcesach komercyjnych, gardzi hejterami, nie straszny mu 50 Cent (nie wspomniałem dotychczas o zaczepce z „Intra”) i wciąż liczy się w rapbiznesie. Tytuł płyty poprzez „Vol. 1” sugeruje, że są w planach części następne i – nie spodziewałem się, że to napiszę – ja się cieszę i czekam.