
8 grudnia pojawiła się w sklepach jedna z ciekawszych płyt tego roku – „The State vs. Radric Davis†Gucci Mane’a. Określam ją w ten sposób nie ze względu na moje oczekiwania co do jakości krążka, oryginalności, czy jakiegoś przełomu, którego mógłby dokonać. Byłem po prostu niesamowicie ciekaw, jak poradzi sobie w świecie mainstreamu artysta, którego życie do tej pory balansowało między problemami z prawem i (mniej lub bardziej) niezależnymi nagrywkami. Gucci jest z pewnością fenomenem. Z miesiąca na miesiąc przemienił się ze znanego lokalnie rapera podziemnego, we wschodzącą gwiazdę, obecną na featuringu u każdego niemal mainstreamowego (i nie tylko) wykonawcy. Radric Davis był jednak zawsze wykonawcą, który cieszył się szacunkiem przynajmniej w obrębie swojego regionu. Każda płyta Gucciego trafiała na listę „Billboardu” robiąc tam małe zamieszanie. Nie były to sukcesy na wielką skalę, ale pokazywały, że jest w tym artyście potencjał komercyjny. Potencjał, którego nie mogę zrozumieć.
Gucci nie ma bowiem w sobie nic, co mogłoby go wyróżniać spośród tysięcy młodych ludzi marzących o karierze w showbiznesie. Przeciętna charyzma, mało skomplikowane rymy, wtórna tematyka, wymuszony flow (czy może jego brak?) itd. – wszystko to sugeruje katastrofę, a paradoksalnie „The State vs. Radric Davis†to krążek przyjemny. Zawdzięcza to Gucci przede wszystkim śmietance najpopularniejszych producentów i gości, którzy wzięli udział w nagraniu albumu. Drumma Boy, Shawty Redd, Scott Storch, Polow da Don, J.U.S.T.I.C.E. League, Mannie Fresh itd. za konsolami, a także Lil Wayne, Cam’ron, Usher, Keyshia Cole, Bun B, Rick Ross i wielu innych na mikrofonie – takie zestawienie mówi samo za siebie. Dodatkowo, raper tak bardzo nam się lansował w mediach, że wszyscy chyba zdążyli już przyzwyczaić się do jego braku talentu.
Zanim przejdę do samego krążka, pragnę podzielić się jeszcze jedną refleksją. Ciekawym jest, jak bardzo zmienia się nastawienie odbiorców do rapera w zależności od tego, jak rozwija się jego kariera. Można powiedzieć, że poziom hejtingu jest wprost proporcjonalny do wielkości sukcesu, jaki jest udziałem danego wykonawcy. Gdy Gucci znany był lokalnie, a jego osiągnięcia nie były na tyle duże, by wzbudzać masową zazdrość, miał artysta rzeszę fanów i osób, które skłonne były jego albumy kupować. Nikt jednak tak naprawdę nie zaprzątał sobie głowy hejtowaniem Gucci Mane’a. Wraz z sukcesami rapera sytuacja zmieniła się diametralnie i teraz, śledząc fora internetowe, można dojść do wniosku, że ma on wyłącznie fanów i hejterów – wyjścia pośredniego brak. Przez pewien czas na angielskiej Wikipedii pod hasłem „Gucci Mane” odnaleźć można było 4 słowa: „this guy likes sucks†. Każda wzmianka o tym wykonawcy na różnego rodzaju portalach prowokuje zażarte kłótnie internautów. Choć rzeczywiście, obwieszanie się kilkunastoma łańcuchami (lub jednym ale ogromnym), powtarzanie do znudzenia słów „Gucci†i „Burr†sprawia wrażenie niedorozwoju psychicznego, tak album „The State vs. Radric Davis†jest mimo wszystko całkiem udany.
Gucci złamał warunki zwolnienia z więzienia i kontynuuje swój wyrok, ale śmiało można powiedzieć, iż to dobrze, że album ujrzał światło dzienne w tym roku, gdyż już prawdopodobnie nigdy nie uda się raperowi wytworzyć wokół siebie tak wielkiego zamieszania. Reklamy, wywiady, filmy, featuringi, a przede wszystkim niezliczona ilość klipów – to wszystko udanie promowało płytę „The State vs. Radric Davis†. W tym momencie już chyba połowa albumu została „sfilmowana†, choć warto dodać, że Gucci wypuścił sporo teledysków do utworów, które na krążek nie trafiły. Pierwszy, oficjalny, będący największym sukcesem rapera singiel to „Wasted” z gościnnym udziałem Pliesa i trzeba stwierdzić, że nie napawał on optymizmem, co do jakości całej płyty. Niezbyt oryginalny syntezator, sztampowy cykacz, znudzony mistrz ceremonii i jedynie gość sprawiał wrażenie, że dobrze bawi się przy nagrywce. Do wszystkiego dodać możemy nudny klip i mamy już obraz całości. Skąd takie uwielbienie dla tego kawałka? – nie mnie to oceniać. Spore zamieszanie robi również numer „Spotlight†, który pnie się na liście „Billboardu†coraz wyżej. Produkcyjnie – bardzo dobre, typowe, nostalgiczne R&B, do tego świetny, wręcz wzruszający refren Ushera i tylko Gucci ewidentnie przesadził. Odbiorca, słysząc próby podśpiewywania w pierwszej zwrotce ma ochotę bić głową w ścianę. Nie sądziłem, że kiedykolwiek zatęsknię za Auto-Tune’em, ale tutaj ewidentnie był potrzebny. Na szczęście, w dalszych zwrotkach Gucci się ogarnia, zaczyna rapować i robi się z tego całkiem przyjemny track.
Tematyka kobieca wypada zresztą na albumie dosyć średnio i to dobrze, że pojawia się tylko w kilku utworach na środku albumu. „I Think I’m in Love” to średniej jakości podkład, który balansuje gdzieś między brzmieniami R&B, Atlanty i potrzeb komercyjnych, na którym Gucci Mane nie potrafi pokazać niczego ciekawego. Gościnnie pojawia się Jason Caesar, którego wymuszony refren jest z pewnością najgorszy na omawianej płycie. „Bad Bad Bad” to już typowe połączenie rapu i R&B, produkcyjnie znów pozostawia sporo do życzenia, Gucci obnaża na nim swoje wady, a całość ratuje w pewnym stopniu Keyshia Cole, raczej ze zwrotką, bo sam refren również nie jest najwyższych lotów. Za ten jak i za następny track pt. „Sex in Crazy Places” odpowiada niejaki FATBOI, a ja na pewno nie zostanę na razie fanem tego producenta. Drugi z utworów przywołuje na myśl niektóre dokonania Jim Jonsina, szkoda tylko, że te najsłabsze i najbardziej przesłodzone. Gościnnie rapujące Nicki Minaj i Trina nie stanowią wyzwania dla autora płyty i jest to jeden z nielicznych utworów, w którym nie zjadają go zaproszeni na krążek wykonawcy. Nie ma za to Gucci Mane coś szczęścia do refrenów, bo nawet Bobby Valentino nie zaprezentował nam niczego specjalnego, choć śpiewana zwrotka z pewnością trzyma poziom.
Jeśli chodzi o momenty nieudane, trzeba wspomnieć również o kawałku „Lemonade”. Bangladesh wysmażył nam zupełnie przeciętny podkład oparty na wątłym basie, nieśmiałej perkusji i uciążliwym pianinie, a sam autor płyty kompletnie nie potrafi sobie poradzić z takim zestawieniem. Oprócz opisanych tracków mamy do czynienia z niesamowitym stężeniem bangerów prosto do klubów i samochodów. Ten sam beatmaker, odpowiedzialny m. in. za track „A Milli” Lil Wayne’a, jest autorem jednego z najlepszych utworów na płycie pt. „Stupid Wild”. Podkład jest znów dość minimalistyczny, ale puszczony odpowiednio głośno robi wrażenie, a gościnnie pojawiający się Cam’ron wreszcie nawija z charyzmą, której brakowało mu na ostatniej płycie czy featuringach. Za „Heavy” odpowiada słynący z tworzenia bangerowatych produkcji Shawty Redd, a w owym kawałku wszystko jest na swoim miejscu – bas dudni, syntetyczne brzmienia zmuszają do kiwania głową, a natężenie dźwięków w refrenie ruszy na parkiet nawet najbardziej zatwardziałego truskula. Sam Gucci robi to co umie najlepiej – przechwala się. Jego łańcuch jest ciężki, portfel tak samo, ego potężne, a prawnikowi zapłacił pół miliona, żeby ten wyciągnął go z więzienia. Bragga w czystej postaci. W podobnej konwencji nagrane są pozostałe utwory, w tym chociażby „The Movie”, warty wspomnienia ze względu na tryumfalny powrót do smażalni bangerów artysty o ksywce Jazze Pha. Wsłuchiwanie się w teksty nie zawsze jednak popłaca: I’m not a boy so I cannot be your boyfriend/ but if you want me, I can be your Gucci Mane (Gucci!) – nie wymaga to chyba komentarza. „Gingerbread Man” natomiast to królestwo OJ Sokownika i nie sposób się nie uśmiechnąć słysząc po raz setny mieszankę ad-libsów „Aye” i „Ok”. Artysta ów jest naprawdę najgorszym i najgłupszym raperem jakiego miałem okazję słuchać w większej ilości, ale – nie oszukujmy się – jak tu go nie kochać?
Przy końcu płyty znajdują się jeszcze dwa tracki warte uwagi. W pierwszym z nich, zatytułowanym „Kush Is My Cologne” pojawia się śmietanka gości – Bun B, E-40 i nudziarz Devin the Dude. W takim zestawieniu Gucci nie może brzmieć dobrze, sam kawałek trzyma jednak poziom, choć zostawia lekki niedosyt i wrażenie niewykorzystanego potencjału. Sam E-40 natomiast odsprzedał autorowi płyty jakąś swoją archiwalną zwrotkę, albo wrócił w swym sposobie nawijania do rozwiązań praktykowanych około 10 lat temu. Nie jest to wada – raczej jedynie osobiste spostrzeżenie. Track drugi to „Worst Enemy”, który wreszcie proponuje nam coś więcej niż przechwałki czy tematykę imprezową. Gucci dzieli się swoimi przemyśleniami, wraca do dnia, w którym rozpoczęły się jego poważne problemy z prawem, zauważa odpowiedzialność za wypowiadane słowa. Lubię tematykę imprezową, ale szkoda, że kawałków w stylu „Worst Enemy” nie ma na „The State vs. Radric Davis” więcej, gdyż autor płyty z pewnością akurat jest tym „prawdziwym”, sporo w życiu przeszedł i nie podzieli losu Rick Rossa czy innych wykonawców, którym zarzucano hipokryzję. Niepotrzebnie natomiast pojawiają się na krążku skity z Mikiem Eppsem w roli głównej – nie są ani śmieszne, ani konceptualne, jednym słowem – nie wnoszą nic do całości krążka.
Zamieszanie związane z Guccim było ogromne. Nawet niektórzy recenzenci i eksperci amerykańscy mówili o tym, że artysta sprzeda milion w pierwszym tygodniu, albo szacowali łączną sprzedaż na poziomie podwójnej platyny. Nie oszukujmy się – nie było to możliwe. 131 000 w dwa tygodnie to wynik i tak bardzo dobry, jak na niezbyt oryginalnego czy utalentowanego artystę, który dodatkowo ze względu na kłopoty z prawem nie mógł do końca w pełnym zakresie swego krążka promować. Fenomenu Gucci Mane’a nie jestem w stanie wytłumaczyć. Pewne jest jednak, że przy okazji obcowania z „The State vs. Radric Davis” mamy do czynienia z typowo południowym, imprezowym i bujającym krążkiem, do którego sam wracam z przyjemnością. Czołówka producentów, gwiazdy na featuringach i Gucci w lepszej lub gorszej formie, który nie jest jednak w stanie ogólnego wrażenia zepsuć. Nie musimy się w końcu w jego teksty wsłuchiwać, a na imprezie sylwestrowej kilku jego bangerów zabraknąć nie może.
Krzysztof „Mr. Chris” Sacała