
Jadakiss to bezsprzecznie jeden z lepszych mainstreamowych raperów. Teza ta może wydać się kontrowersyjna i to bynajmniej nie ze względu na komplementowanie przeze mnie umiejętności rapera. Frontman The LOX jest bowiem rzemieślnikiem słowa, poczciwym składaczem rymów, posiadaczem ciekawego głosu i flow opartego na charakterystycznym akcentowaniu końcówek wersów. Kontrowersje nie były mu w karierze obce (chociażby wers o Bushu w „Why”), jednak nie wydaje mi się, by Jada miał duże grono zdeklarowanych hejterów. Zastanowić może jednak użycie przeze mnie słowa „mainstreamowy”, bo teoretycznie ciężko określić tak rapera, który nie wydał oficjalnej solowej płyty przez 5 lat i de facto na dłuższy czas usunął się w cień. Poprzednie albumy artysty sprzedały się jednak dobrze, a i wydany w Roc-A-Fella „The Last Kiss” nie mógł narzekać na mały budżet. Płyta jest więc tym, czego można się było spodziewać – kompromisem między dążeniami komercyjnymi mainstreamowego wydawnictwa z potrzebami twórczymi ulicznego MC. Czy Jada powrócił w wielkim stylu?
Premiera The Last Kiss odkładana była wielokrotnie. Napięcie rosło z każdym miesiącem i można spokojnie powiedzieć, że jest to jedno z najbardziej oczekiwanych wydawnictw roku. Zmieniła się przez ten czas również zapowiedziana tracklista. Jada cały czas nagrywał i na krążek trafiło kilka kawałków, które początkowo nie były w niej ujęte. Wyszło to albumowi zdecydowanie na dobre, bo niektóre z „nowych” utworów stanowią najsilniejsze momenty płyty, choć z drugiej strony, jest ona o te kilka tracków za długa. Single nie zrobiły kariery na liście Billboardu, ale jak się później okazało, można i w takiej sytuacji sprzedać całkiem sporą ilość egzemplarzy nawet w czasach recesji. Jakby nie było By My Side to niemal idealna kolaboracja raper/piosenkarz R&B. Formuła wyświechtana, jednak melodyjny podkład i przyjemny dla ucha refren Ne-Yo stanowią rewelacyjne uzupełnienie uproszczonej nawijki Jadakissa. Ciężko oczekiwać od Jady, że w numerze radiowym będzie zaskakiwał skomplikowanymi podwójnymi rymami i sypał punchline’ami jak z rękawa, więc jestem w stanie wybaczyć mu te dość proste acz ciekawe zwrotki. Niestety, gdy autor płyty nawija o kobietach, najczęściej kończy się to takim właśnie niewykorzystaniem jego potencjału. Najlepszym przykładem tego stanu rzeczy niech będzie kawałek Rockin’ With the Best, w którym do nudnawej nawijki Jady możemy dodać tylko wtórny podkład The Neptunes, którzy pokazali po raz kolejny, że cierpią na notoryczny brak pomysłów, by wyszedł nam z tego najsłabszy chyba track na płycie. Podobnie, choć trochę lepiej, wygląda sytuacja przy okazji Stress Ya. Minimal Pharrella i spółki powoduje u słuchacza wrażenie deja vu, gdyż tego typu rozwiązania producenckie słyszeliśmy już niezliczoną ilość razy. Nawijka skierowana do kobiety jest tu jednak jedynie punktem wyjścia dla przechwałek 'Kissa, który mimo wszystko specjalnie nie zachwyca. Smoking Gun natomiast to również kawałek mocno średni, a Jada ma z pewnością lepsze skillsy w story-tellingu, niż nam prezentuje u boku Jazmine Sullivan, która dodatkowo męczy swoim pretensjonalnym refrenem. Zanim zamknę akapit w większości krytykujący utwory, wspomnieć muszę o I Tried. Za owy track Jadakissa winić nie mogę, bo zwrotki przez niego złożone ewidentnie trzymają poziom, jednak przekombinowany podkład i jak zwykle słabe partie śpiewane Avery Storma ewidentnie nie powinny zagrzać miejsca na The Last Kiss.
Nowe wydawnictwo Jadakissa jest jednak generalnie dobre i momenty zasługujące na uwagę zdecydowanie przeważają nad wpadkami, które wnikliwie opisałem. Album otwiera rewelacyjny Pain & Torture, w którym 'Kiss kładzie agresywne braggadocio na dynamicznym podkładzie ze skrzypcami w tle i przypomina wszystkim, za co tak naprawdę jest kochany przez prawdziwych fanów hiphopu. Can’t Stop Me to kontynuacja pierwszego kawałka w trochę lżejszej wersji. Za produkcję drugiego singla odpowiedzialny jest Neo da Matrix, Ayanna Irish dostarcza przyjemny dla ucha refren, a Jada przechwala się w charakterystyczny dla siebie sposób i pokazuje słuchaczom, że jest w dobrej formie. Zupełnie niesamowitą kolaboracją na linii Jada/piosenkarka jest natomiast numer Grind Hard. Cukierkowy podkład zabarwiony równie słodkim refrenem Mary J. Blige zmieniają się na zwrotki w bangerowatą elektroniczną bombę jakby rodem z płyt DJ Khaleda i wszystko to jest tylko tłem dla agresywnych popisów lirycznych Jadakissa. To połączenie sprzeczności wypada znakomicie i oprócz wokalistów zasłużone brawa należą się odpowiedzialnym za produkcję The Inkredibles. Jada nie ustrzegł się również kolaboracji z gośćmi z „Trzeciego Wybrzeża”. Something Else to zabarwiony południowym vibem street-banger, w którym gościnnie występujący Young Jeezy bynajmniej nie ustępuje mistrzowi ceremonii. Problemem natomiast jest remix tego kawałka, będący przydługim pretekstem do promocji mało znanych raperów. Za produkcję mrocznego Death Wish odpowiedzialny jest Alchemist, Jada dostarcza najbardziej agresywne zwrotki na całej płycie i tylko Lil’ Wayne jakoś nie pasuje do konceptu kawałka, choć zwrotka dostarczona przez niego ewidentnie trzyma poziom. Who’s Real natomiast to kawałek, który bardziej pasowałby do wydawnictwa południowego, choć buja na tyle, że ciężko go skrytykować. Swizz Beatz dostarcza typowy dla siebie podkład i równie charakterystyczny głupawy refren, Jada przenosi całość na wyższy poziom i zastanawia jedynie obecność OJ Da Juicemana, który zaczyna być poważną konkurencją dla Shawty Lo i Project Pata w mym rankingu na najgorszego rapera USA. Nie można się natomiast doczepić do gościnnych występów członków Wu-Tang Clanu – Ghostface Killah i Raekwona – którzy wraz z autorem płyty w pozbawionym refrenu, krótkim numerze Cartel Gathering przywołują najlepsze nowojorskie tradycje (Jada: My clientele is supreme and its proven / That I’m only built for the Link if it’s Cuban). Jednym z ciekawszych utworów na płycie jest bezsprzecznie What If, będący swoistą kontynuacją Why z albumu poprzedniego. Jadakiss i występujący gościnnie Nas dostarczają ciekawe zwrotki oparte na tytułowej anaforze, wszystko odbywa się na wysokim poziomie lirycznym i szkoda tylko, że nie prowadzi do konkretnej puenty. Pytania zostają zawieszone gdzieś w próżni, słuchacz ma prawo zastanawiać się, po co to wszystko zostało wypowiedziane, jednak faktem pozostaje, że kolaboracja dwóch nowojorskich MCs wyszła bardzo ciekawie. Większego problemu dostarczył mi kawałek One More Step, w którym soulowy podkład zdecydowanie wpada w ucho, jednak występujący w nim raperzy obrali sobie zły koncept. 'Kiss i jego partner z zespołu – Styles P – nawijają na przemian, często nawet po jednym słowie i tworzy to dość chaotyczną, momentami ciężką w odbiorze całość. Tracki, do których w żadnym stopniu przyczepić się nie można, to na pewno również Letter to B.I.G. i Things I’ve Been Through. Pierwszy z nich jest hołdem złożonym legendzie rapu, będącym tak naprawdę pretekstem do przedstawienia przemyśleń na temat obecnego stanu hiphopu. W drugim story-telling frontmana The LOX działa na najwyższych obrotach, artysta rozlicza się ze wzlotami i upadkami swej wydawniczej przeszłości, wszystko odbywa się na kolejnym soulowym podkładzie, a wysamplowany refren Luthera Vandrossa jest idealnym uzupełnieniem całości.
Czy na The Last Kiss pojawia się za dużo gości? Odczucie takie może pojawić się podczas słuchania płyty, jednak jest moim zdaniem złudne. Lwia część gościnnych występów ogranicza się jedynie do refrenów, które w większości przypadków tylko dodają uroku utworom i ograniczają zapędy Jadakissa. Jest on jak wspominałem dobrym raperem, jednak nie wiem czy dałoby się słuchać go samego przez 66 minut. Goście hiphopowi natomiast również ograniczają się do krótszych występów i Jada nie daje się przez nich zdominować. Problemem więc może być nie ilość gości a ich dobór. Płyta mogłaby być dużo lepsza, gdyby wspomnianych wykonawców takich jak: Pharrell, OJ Da Juiceman, czy Avery Storm zastąpili wykonawcy mający do powiedzenia coś oryginalnego. Dodatkowo, gdybym mógł udzielić rady Jadakissowi, zasugerowałbym mu ograniczenie używania jego bynajmniej nienowego adlibu w postaci charakterystycznego śmiechu. Jest to, jakby nie było, wizytówka autora płyty, jednak pojawia się na przestrzeni krążka co chwilę i po prostu męczy.
Wytknąłem sporo wad albumowi The Last Kiss, jednak prawda jest taka, że mamy do czynienia z naprawdę dobrym krążkiem. Niemal każdy kawałek zasługuje w jakiś sposób na uwagę i stąd tak szeroki opis większości płyty. Na poszczególne utwory można narzekać i przy którymś słuchaniu będzie się je przerzucać, jednak pierwsze zetknięcie z krążkiem daje naprawdę piorunujące wrażenie. Cieszy również dobra sprzedaż albumu The Last Kiss, która zaskoczyła nie tylko obserwatorów i wytwórnię, ale także samego Jadę. Nie zbliży się ona do wyniku poprzednich solówek 'Kissa, ale przez 5 lat biznes zmienił się znacząco i satysfakcjonują zupełnie inne liczby. Wszystko odbyło się bez singla na najwyższych radiowo-telewizyjnych rotacjach i pokazało, że można w dzisiejszych czasach sprzedawać albumy bez nagminnego jechania pod publiczkę. Warunek jest jeden – trzeba nagrać dobrą płytę – i to się Jadakissowi udało.
Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris