Recenzje

Lil’ Wayne – Tha Carter III

Lil’ Wayne’a można kochać lub nienawidzić, nie sposób mu jednak odmówić faktu, że jest w świecie hiphopowym fenomenem. Podczas gdy wielu artystów kończy kariery po wydaniu jednej, dwóch płyt, Weezy nagrywa z sukcesami od prawie dekady i teraz, w wieku dopiero 25 lat, wydaje najbardziej chyba oczekiwany przez publiczność album roku – „Tha Carter III”. Nie jest to łatwa sytuacja dla autora płyty. Wymagania były ogromne i w takiej sytuacji, by nie zawieść potencjalnych odbiorców, trzeba wydać album naprawdę genialny. Nie zdziwią mnie więc jęki zawodu części słuchaczy jak i krytyka tych, którzy na twórczość Weezy’ego patrzą przez pryzmat jego wyglądu/zachowania itd. Ja osobiście nie zamierzam zajmować się otoczką i ocenić wyłącznie warstwę artystyczną. Bo jeśli spojrzeć na „Tha Carter III” obiektywnie, stwierdzić trzeba, że jest to płyta może nie genialna, ale na pewno dobra.

Sam miałem duże wątpliwości co do zawartości krążka, które wywołane zostały u mnie przez pierwsze 2 single – Lollipop i A Milli. Dało się bowiem po nich zauważyć ciągotę Lil’ Wayne’a do eksperymentów, które de facto mogły zakończyć się tragicznie. O ile Lollipop zagościł w mych głośnikach na długo i okazał się numerem z punktu widzenia komercyjnego genialnym, tak drugi z utworów jest co najmniej kontrowersyjny. Minimalistyczny podkład sprawia wrażenie jakby powstał spontanicznie w kilka minut i oprócz tego, że siłą rzeczy zmusza do kiwania głową, nie da się o nim powiedzieć nic dobrego. Co z tego jednak skoro Lil’ Wayne popisuje nam się rewelacyjnym flow, które zmienia się z każdą zwrotką i tak naprawdę to on jest najważniejszym instrumentem w tym tracku. O ile jednak bronię zawsze lirycznych umiejętności Weezy’ego, tak w tym numerze nawija wyjątkowe bzdury, których nie ma tu nawet sensu przytaczać. Mając więc w głowie genialny Lollipop i znośny A Milli, mimo wszystko bardzo mocno obawiałem się o to, w którą stronę pójdą eksperymenty Wayne’a. Artysta na szczęście jednak nie przesadził i powstała bardzo ciekawa, ambitna płyta.

Album otwiera numer 3 Peat, w którym Weezy przypomina nam o sobie i swej nadzwyczajnej pewności siebie. Utwór jest jednak bardziej intrem niż regularnym trackiem i z najciekawszymi momentami będziemy mieli do czynienia później. Do takich właśnie momentów należy z pewnością numer Mr. Carter czyli najbardziej chyba oczekiwana kolaboracja Wayne’a z Jayem-Z. Cóż można powiedzieć? Wydaje się, że określenie „klasa sama w sobie” najlepiej oddaje charakter utworu. Dobry, przyjemny dla ucha podkład, urzekający refren i zwrotki obu panów, które może historii nie tworzą ale słucha się ich przyjemnie, dają nam do spółki zdecydowanie najlepszy utwór na płycie. Tytuł najbardziej bujającego tracku przypadnie jednak numerowi Got Money, w którym Wayne’a udanie wspiera T-Pain, a wszystko odbywa się na dynamicznej produkcji autorstwa Play-n-Skillz. Sam Weezy korzystając ze swych niebanalnych możliwości wokalnych, wspomaganych Auto-Tune’em, opowiada nam o swoich eskapadach klubowych i urokach bycia bogatym. Takie braggadocio w czystej formie odnajdziemy jeszcze w rewelacyjnym Shoot Me Down, a także w street-bangerze You Ain’t Got Nuthin’ – najbardziej „hiphopowym” numerze z płyty, za produkcję którego odpowiada The Alchemist. Gościnnie występujący Fabolous i Juelz Santana dostarczają bardzo dobre zwrotki, jednak jeśli chodzi o flow, bezsprzecznie króluje nam tutaj autor płyty. Numer Playing With Fire ma w sobie tytułowy ogień i będzie on z kolei z pewnością najgorętszym momentem płyty – Wayne co prawda lirycznie nie zachwyca, ale tak naprawdę przy świetnym podkładzie, refrenie i wokalu rapera, to o czym opowiada, spada na daleki plan.

Jeśli jednak pragnął ktoś postawić Weezy’emu zarzut, że na Tha Carter III nawija wciąż o tym samym, niestety został przez artystę uprzedzony. O ile faktycznie we wspomnianym już tracku A Milli lub innym głupawym a jednocześnie przeraźliwie nudnym Mrs. Officer, Lil’ Wayne elokwencją się nie popisuje i zmusza do zastanowienia, czy owe teksty były kiedykolwiek zapisane, tak odnajdziemy utwory na wysokim poziomie lirycznym. Jednym z najmocniejszych punktów płyty pod tym względem jest numer Dr. Carter, w którym Weezy stara się „utrzymać przy życiu” trzech raperów posiadających zasadnicze braki w umiejętnościach. Biorąc pod uwagę zarzuty jakie stawia się temu artyście, a także koncept kawałka, linijka I’m a Doctor, so they don’t understand my writing ociera się w mym odczuciu o geniusz. Odpowiedzialny za produkcję Swizz Beatz sampluje nam numer Holy Thursday Davida Axelroda i wszystko to tworzy utwór perfekcyjny. Innym tego typu dokonaniem rapera jest numer Tie My Hands, oparty na sprawdzonej z poprzedniego Cartera kolaboracji Lil’ Wayne/Robin Thicke, w którym autor płyty na urzekającym podkładzie porusza kwestie społeczno-polityczne. Utwór trwa ponad 5 minut, ale mógłby z powodzeniem trwać drugie tyle, bo naprawdę nie jest w stanie znudzić słuchacza.

Nie wszystkie niestety pomysły Wayne’a należą do ciekawych. Osobiście dość spore zarzuty mam do utworów, które wyprodukował sam Kanye West – Comfortable i Let the Beat Build. O ile podkład do pierwszego z nich jest nudny sam w sobie, tak druga z produkcji wydaje się naprawdę ciekawa i w tym przypadku obwiniał będę Wayne’a za to, że nie wykorzystał potencjału. Mamy na Tha Carter III również do czynienia z utworem tragicznym. Jest nim oczywiście La La, oparty na minimalistycznym, najgorszym chyba podkładzie w karierze Davida Bannera, na którym nawet Busta Rhymes brzmi jak słaby raper. Wypadek przy pracy? Owszem, ale na najbardziej oczekiwanej płycie roku taki nie powinien się pojawić.

Omówione wady są wystarczające by odmówić płycie statusu produkcji genialnej, nie można jednak odebrać Weezy’emu komplementu, że nagrał album naprawdę dobry. Album, który poza tym, że sprzedaje się rewelacyjnie, utrzyma gwiazdorski status rapera i dostarczy nowych fanów, jest jednocześnie bardzo mocnym ciosem dla wszystkich wrogów. Bo jakie zarzuty stawia się Wayne’owi? Że ma denerwujące flow? Na Tha Carter III pokazał przynajmniej 10 jego odmian. Że nawija o tym samym? Że jest słaby lirycznie? Że „gada głupoty”? Utwory Dr. Carter i Tie My Hands pośród innych, których pod kątem techniki rymów nie opisałem, pokazują, że autor płyty ma potencjał, którego jedynie czasem nie wykorzystuje. Jeśli ktoś miał pretensje do podkładów jakie dobierał sobie Weezy – Tha Carter III daje nam ich ogromną różnorodność. Oczywiście jako ten, który śledzi twórczość Wayne’a niemalże od początku, wolałbym usłyszeć mniej eksperymentów i przynajmniej częściowy powrót artysty do korzeni. Weezy postawił jednak na rozwój, co jak się okazało, wyszło mu na dobre. Mnie pozostaje na koniec tylko wyrazić nadzieję, że artysta nie oddali się w przyszłości za bardzo od rapu, bo byłaby to dla tej muzyki duża strata.

Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris

Exit mobile version